Moja pierwsza ocena będzie
na bogato, jakby to powiedziała Białogłowa.
Zaczynam. Nie chce mi się pisać wstępu, zrobię to dopiero jak skończę ocenę. W dobie końca roku ja siadam do oceny czternastorozdziałowego tforu. Mój borze liściasty, miej mnie w swojej opiece.
Pierwsze wrażenie: wielka twarz Megan Fox na środku. Czemu ona? Jak ja nie cierpię tej kobiety. Po prawej Christian Bale, bardzo ładne zdjęcie. Po lewej Scarlett, nie lubię, ale ze względu na „Prestiż” w porządku. Pomijając Megan, szablon ładny. I, co ważniejsze, estetyczny. Nie zniechęca. Mała czcionka oraz ilość tekstu może czytelnika skutecznie odwieść od chęci zabrania się za opowiadanie. Po uważnym się przyjrzeniu: ARGH! Nie stawiasz spacji po myślnikach! To okropnie utrudnia czytanie. Zawsze. A poza tym – jest niepoprawne. Nie podoba mi się to.
Wygląd: część napisałam wyżej. Estetycznie. Ładnie. Menu czytelne. Masz nas w linkach. Łatwo dostać się wszędzie. Trochę mnie przeraża inspiracja Aguilerą i Backstreet Boys, chociaż piosenka tych drugich nie jest taka zła. No i nie włącza się od razu po wejściu na bloga. Ogół w porządku.
Treść: najpierw słowa wstępu.
Pomysł na to opowiadanie pojawił się w śnie - i mówię tu całkiem poważnie. Większość historii, która zostanie tu zamieszczona, wyśniła mi się jednej nocy i właśnie stąd czerpałam inspirację do opowiadania.
Argh. To nie kojarzy mi się dobrze. Tak samo jak to, co później piszesz o bohaterkach. Wydaje mi się szablonowe. Mam nadzieję, że nie opowiadanie się takim nie okaże.
Opisałaś bohaterów. Nie lubię opisywania bohaterów. Pierwszy jest tekst piosenki. Po angielsku. Wstawiony chyba tylko dla podrasowania wyglądu, bo to oczywiste, że nikomu nie będzie się chciało go czytać i, tym bardziej, rozumieć. Ja natomiast zainteresowałam się nim i z nieukrywanym zaskoczeniem przyznaję, że ma związek z opisem postaci. Ten wstęp jest nieco odpychający. Co to znaczy „Jeśli zaś chodzi o podobieństwo bohaterek do realnych aktorek, to jest ono zupełnie nieprzypadkowe i zamierzone, gdyż właśnie tak mają wyglądać”? Za pierwszym razem odebrałam to jako porównanie cech charakteru bohaterów i aktorów. Nie sądziłam, że chodzi o wygląd, bo jeśli dajesz zdjęcia, jest dla mnie oczywiste, że bazujesz na wyglądzie danej osoby. Ten wstęp, jak na mój gust, niepotrzebny. Potem doszłam do zdjęć postaci. Fox jest, Johansson jest, ale co tam robi Jake Gyllenhall, skoro na szablonie jest Bale? Rey Astor trąci mi Mary Sue Bad Girl, a Meredith – Mary Sue Good Girl, chociaż mniej. Czyżby brat Rey miał dopełnić komplet jako rasowy Gary Stu? Nie zapowiada się tak. Mam nadzieję, że nim nie będzie.
Całą treść „wstępną” chyba przerobiłam, czas zabrać się do opowiadania właściwego.
Prolog: Powtórzenie w drugim zdaniu. Nie, nie jest dobrze. Błąd w zapisie dialogu. Słowo „syknęła” powinno być napisane małą literą, wypowiedź Meredith niezakończona kropką. I spacja po myślniku. Kolejne powtórzenie, a ja nawet nie wkręciłam się w wydarzenia.
„Te wszystkie
opowieści powtarzała jej Rose, jej kuzynka, oraz inne kobiety z elity Chicago, które ostatnio poznała, ale nie wierzyła w ani jedną z tych
opowieści.”
Kolejna źle zapisana kwestia, kolejne powtórzenie, a poza tym: łohoł! Zmieniasz narrację w jednym zdaniu.
„Nie widziałam teraz jej oczu, ukrytych za rondem męskiego kapelusza, ale była pewna, że błyszczą w nich te drapieżne, niepokojące iskierki.”
Podoba mi się wątek homoseksualny. W sumie po pierwszym zobaczeniu nagłówka sądziłam, że dwie kobiety będą walczyć o jednego mężczyznę, co uznałam za brak oryginalności. Okazało się, że jednak nie jest tak szablonowo i może być ciekawie.
Jako całość, prolog pod względem technicznym bardzo zły. Językowo dobrze. Denerwuje mnie Meredith, ale może to będzie krótkotrwałe. To „wybuchła płaczem” pod koniec bardzo sztuczne i melodramatyczne, ale dialogi wychodzą naturalnie. I zaczyna się nawet interesująco.
Rozdział I: Tym razem do posłuchania mam Krysi Aguilery. Cóż zrobić, słucham. Znając ją przerwę w połowie piosenki, ale niech sobie leci. Pasuje mi w sumie do ScarJo. Wyłączyłam pod koniec. Nie zepsuło mi to czytania. Jest o wiele mniej powtórzeń, ale nadal robisz te okropne błędy w zapisywaniu wypowiedzi bohaterów. Poza tym brak spacji przy myślnikach mnie razi. Jeśli chodzi o akcję: o wiele lepsza od technicznej strony odpowiadania. Styl nie jest znowu jakiś zniewalający, ale czytałoby się go bardzo dobrze, gdyby nie błędy interpunkcyjne, których ja na przykład nie ignoruję innych. Tekst jest też powodem, dla którego nie powinnaś była pisać o bohaterach – w opowiadaniu wychodzą jak na razie wszystkie wskazane przez ciebie cechy Meredith. Jeśli zaś chodzi o nią, skrót Mer bardzo mnie irytuje. Jest taki nieelegancki. Podoba mi się całe to sztuczne towarzystwo i okropny charakter Rose. Wielkie wejście Rey również idzie na plus.
Rozdział II: Inspiracja mi się ładuje i nie chce naładować. Wstęp świadczy o czytelnikach i o tym, że nie warto ufać ich błyskotliwości. Kolejna rzecz: znowu niepotrzebny opis, tym razem Rey – miałabym o niej prawdopodobnie lepszą opinię bez tego wstępiku o jej osobie, który mnie zniechęcił. Jak na razie zaskoczyłaś mnie tylko w prologu. Akcja toczy się w dobrym tempie, ale nie bardzo wciągająco. Ruchy Rey i Meredith są przewidywalne. Styl niezmiennie dobry. Technika niezmiennie bardzo zła. Potrzebujesz kogoś, kto by ci powiedział, gdzie przecinki, gdzie synonimy i gdzie spacje.
Rozdział III: Weszłam na blogi z reklamy, jeden nie działa, drugi zawieszony. Szkoda. Inspiracja nadal nie chce się naładować. Dziwne, bo Kryśka (zarówno Candy Boy, jak i Mother) i Backstreet Boys mi działali. Moja pierwsza myśl: skąd, do cholery, wziął się jakiś Michael Morton? W sumie nic dziwnego, że Meredith na bankiecie robiła coś poza siedzeniem przy stoliku i podziwianiem Mężczyzny-Który-Okazał-Się-Być-Kobietą-Rey, ale, jako że poprzedni rozdział był na niej głównie skupiony, spodziewałam się czegoś o niej, a nie kompletnie mi nieznanym Michaelu Mortonie. Niekonsekwencja się wkradła. A na pewno brak spójności między rozdziałami. Ale! Jest i panna Rey, która okazuje się być inna niż wszyscy, wręcz perwersyjna. A młoda, niewinna i naiwna Meredith ją broni, podświadomie wyobrażając sobie, jak Rey zabiera ją do apartamentu (wnioskuję z prologu). Potem mamy Rey i Valerie, które ujednoznaczniają nam tę wyjątkowość Astor. Coraz bardziej podoba mi się temat opowiadania. I Rey zaczyna być interesująca. Meredith natomiast głupia. Ale ja nie oceniam pochopnie. Technika wciąż ta sama, mój borze liściasty.
Cotygodniowej.
Rozdział IV: Zapowiada się na poznanie brata Rey. Pierwsza część była niejakim wstępem, nie powiem, całkiem dobrym. Rose nadal lubię. Meredith staje się trochę mdła. Mam nadzieję, że nie na długo. Przyjęcie nawet w porządku. Ładny opis pomieszczenia, podoba mi się. Michael Morton okazał się być bardzo blisko Meredith, co jest dziwne, bo dopiero się poznali, ale nie wnikam. Wierzę w nich. Natomiast zaczyna mnie denerwować Rey ze swoim „drapieżnym uśmiechem”. Gdyby mniej go było w tekście, postać wiele by zyskała. Przez ciągłe powtarzanie, jaka to ona jest niebezpieczna i drapieżna, staje się parodią samej siebie, co mnie się podoba średnio. Za to Meredith jakoś nabrała kolorów. I podoba mi się relacja obu pań.
Ależ niedobra ze mnie dziewczynka, naprawdę...
Nie, nie, nienienie. Sztuczne i nie śmieszne. Aż mi się rzuciło w oczy. Unikaj takich tekstów, proszę.
Nie poznałam pana Astor. Szkoda.
Rozdział V: Czy ja kocham Rey? Niewątpliwie to ciekawa postać. Chociaż o krok jej do szablonowej badgerl, której nie zdzierżę. Bardziej mnie interesuje temat, za jaki się wzięłaś, jak to poprowadzisz i relacje między Rey i Meredith. Sam charakter Rey… cóż. Po kilku rozdziałach prawdopodobnie stałby się nudny. Chyba że odkrywałabyś tę postać powoli. Ale jak na razie to się nie zdarzyło. Michael i Veronica, hm? Kto się czubi, ten się lubi, jak głosi staropolskie porzekadło.
-Michael, dlaczego tu wszystko jest takie skomplikowane?! – przerwała mu, wzburzona. Potem wciągnęła mocno powietrze w płuca, jak zawsze wtedy, gdy była zdenerwowana i bezsilna. – Wszędzie jakieś intrygi, interesy na plecami. W Spring Valley wszystko było takie proste... – Opuściła głowę, czując, jak do oczu napływają jej łzy. Michael uniósł jej brodę palcem i spojrzał jej w oczy.
-Wiesz, co tutaj jest proste? – spytał cicho, pochylając się ku niej i całując ją lekko. – To. Miłość wszędzie jest taka sama i tak samo prosta.
Meredith uśmiechnęła się radośnie. Zawsze właśnie tak myślała – dwoje ludzi spotyka się i już – to wystarczy. Nie trzeba nic więcej.
Nie, nie, nienienie. Błaho mi. I szablonowo. Nie ma sensu psuć dobrego dialogu takim wybuchem bohaterki, która może stać się mdła. To zdecydowanie nie dodaje jej kolorów.
Pomimo dobrej sceny, Rey nadal mnie nie zaskakuje. Meredith rzeczywiście była urocza. A Michael to dobra postać. Mam nadzieję, że go nie zepsujesz, spychając na dalszy plan. Albo, co gorsza, robiąc z niego jakiegoś negatywnego bohatera.
Rozdział VI: No niee… żegnaj, porządna fabuło. Żegnamy się na ten rozdział. I mam wrażenie, że na następny również. Zrobiłaś jednak z Michaela złą osobę. Próba gwałtu jest nudna i mało oryginalna. Zwłaszcza, że zaraz przyjdzie Rey, żeby uratować Meredith, potem będzie seks i wszystko, co mogło być tak pomysłowe, stanie się płytkie. Jestem zdecydowanie na nie, jeśli chodzi o ten rozdział. Nie ratuje go nawet odkryte na chwilę nowe oblicze Rose.
Rozdział VII: Mówiłam. Chociaż nie było seksu. Co nie idzie na plus. Jedynie przekleństwa Michaela i fakt, że Rey jest kobietą, ratowały pierwszą scenę. Reszta była tylko powtarzaniem schematów. Nie masz pomysłu na zbliżenie do siebie bohaterów lub zmuszenia ich do poważnej rozmowy sam na sam? Zawsze do wykorzystania pozostaje gwałt! I błagam, czemu robisz z Meredith kopciuszka? Ona wcale nie musi taka być, żeby silna i mężna Rey poszła do niej i przytuliła ją mocno swoimi damsko-męskimi ramionami. Ciotka przychodzi do niej i męczy ją w tajemnicy przed wujem? To nudne. To nieoryginalne. To robienie z Meredith coraz bardziej mdłej postaci. A ją można świetnie rozwinąć. Chcę powrotu dobrej fabuły.
Rozdział VIII: Pojawił się seks. Miałam nadzieję, że wreszcie poznam brata Rey. Na próżno. Naprawdę chciałabym już go zobaczyć w opowiadaniu. Scena na ulicy ładna. Pomimo, że Meredith nadal nie straciła swojej mdłości, którą jeszcze podsyca ciągłe wspominanie, że zarumieniła się, zawstydziła, etc., przyjemnie było wyobrazić sobie je na ciemnej ulicy, naprzeciwko siebie. Meredith jaśniała, Rey wręcz przeciwnie. Cóż. Co śmieszniejsze, zaczyna do mnie docierać, że Scarlett i Megan pasują do siebie wizualnie. Wyglądają razem bardzo dobrze. Pierwszy raz napisałaś coś od strony Rey. Podoba mi się ta zmiana. I to, że Astor bierze sobie „dziwkę”, zamiast zaciągnąć Meredith do łóżka. Tak jakoś. Mam nadzieję, że z Rey nie zrobi się jakaś melodramatyczna postać. Na razie daje radę. Być może niezbyt odkrywczo, ale pasuje mi idealnie do lesbijki-uwodzicielki. Czyżby koniec zwiastował kontynuację narracji ze strony Rey?
Rozdział IX: I mamy Claytona, zacnego brata Rey. Nareszcie. I początki „dziwnego” zachowania dziewczyny. Cóż. Przynajmniej nie wymyśliłaś jakichś defektów mózgu czy urazów z dzieciństwa. Początek dnia z Rey, myślałam, że cały rozdział będzie o niej. Otóż nie – kopciuszkowania ciąg dalszy odbywa się u Meredith. Sue jest mało realistyczna. A Rose z pewnością się wygada. Co zrobi Meredith? Pobiegnie do Rey. Teraz już na pewno będzie seks.
Fabuło, wróć!
Rozdział X: Właśnie zauważyłam, że zmieniłaś czas zdarzeń w czternastym rozdziale (?!). Cóż, można i tak. Pod koniec zaczyna się odkopciuszkowienie Meredith. Na plus. Claya nadal nie ma. Padam. Prolog wrócił. To zapowiada seks. Kolejny raz. Zakład, że się rozczaruję? Chociaż z drugiej strony – jakież to szlachetne, zbliżają się w urodziny Rey.
Chciałabym, żebyś przybliżyła postać Claya.
Rozdział XI: Prawie trudno jej w to było uwierzyć. - sens tego zdania pozostaje dla mnie zagadką. Dostrzegam w tym rozdziale coś dziwnego – niekonsekwencję, która występuje w „związku” Meredith i Rey. Raz nazywasz je kochankami, potem zaprzeczasz. Niby są blisko, ale nadal uznawane tylko za bliskie przyjaciółki. Może nie aż tak, ale w każdym kolejnym zdaniu przekazujesz mi o nich coś zupełnie sprzecznego i mam wrażenie, że to wcale nie jest celowe. Retrospekcja sama w sobie była ciekawym pomysłem, zrealizowana już mniej interesująco, ale nadal. Russ nadal jako dobry wuj, Sue jako zła ciotka. Nie wracaj z kopciuszkiem, proszę.
Rozdział XII: A jednak, seks nadszedł. To się musiało stać prędzej czy później. Ja tylko chciałabym wiedzieć, czy Clay wreszcie pojawi się w opowiadaniu, czy jest tylko wspomnieniem. Poszukujesz bety? Dobrze. Poszukuj. Mam nadzieję, że zobaczę wreszcie spacje przed myślnikami. CLAYTON, NARESZCIE. W dwunastym rozdziale na czternaście, ale co tam. Spodziewałam się „ostrzejszej” sceny, na tę nakleiłabym naklejkę ze znaczkiem plus szesnaście. Scena w wannie to dobry pomysł. Zmiana Meredith również, chociaż to zależy, jak wszystko dalej pociągniesz. No i Clay wreszcie się pojawił – mam nadzieję, że po tak długim oczekiwaniu nie zawiedzie mnie jego osoba. Rozmowa Meredith z rodziną mnie nie ruszyła. Ale scena dobrze obrazuje zmianę, jaka zaszła w dziewczynie.
Rozdział XIII: Weszłam na blogi ze wstępu. Na pierwszym widzę Megan –znowu- i JRMa. Na drugim –oborze- Ducky’ego i Kate. Cóż. Są dwa shipy, które akceptuję, jeśli chodzi o Ducky’ego – jego i Susan oraz jego i przypadkowego faceta, z którym kiedyś pracował (MINUS ludzie typu Robert Pattinson). Ale ja nie o tym. Nie podoba mi się dialog w samochodzie. Czy wszystko zawsze musi być takie dosłowne? Nie można napisać, że wymieniły spojrzenia i wiedziały o sobie wszystko? Oszczędza to wielu słabych kwestii. Clayton jest jednak świetnym bohaterem. Nie zawiódł mnie. Scena w restauracji wreszcie wypchnęła szablonowość z piedestału. Była bardzo dobra. Nie mogę powiedzieć, że atak ze strony mężczyzny z restauracji i Rudolfa mnie jakoś zaskoczył. Ale ciąg wydarzeń staje się coraz ciekawszy. Mam nadzieję, że w ostatnio opublikowanym rozdziale porzuciłaś schematy i dasz coś innego, niż Meredith stękającą nad łóżkiem chorej Rey.
Rozdział XIV: Naprawdę, macie jaja... - zareagowałam identycznie. Kimkolwiek jest ten chłopak, mam już w głowie obraz Boyda Holbrooka i wiem, że go polubię. Podoba mi się to, co czytam. Xavier o wiele bardziej pasuje mi do Rey, niż rozkopciuszkowiona Meredith łamane na Meredith, która ma zespół napięć przedmiesiączkowych. Chłopak jest o wiele ciekawszy. Przewiduję dłuższy wątek jego i Rey. Dwa rozwiązania, które musisz od razu skreślić, przynajmniej na moje wyczucie: zakończenie ze szczęśliwymi lesbijkami Rey i Meredith oraz równie zadowolonymi gejami, Clayem i Xavierem lub Rey w parze z Xavierem i Meredith z Clayem – to dwa obroty w opowiadaniu, które przekreślają wszystko, co dotąd napisałaś i to, co masz. A masz bardzo ciekawą sytuację i można ją bardzo fajnie rozwinąć pomimo wcześniejszych potknięć.
Nienienie. Meredith zaczyna mi działać na nerwy. Nie chcę, żeby Xavier był zły – to by było kolejne zepsucie świetnej postaci. Olałaś Claya. Nie wiem, co szeptał do Rey, właściwie on nie ma żadnej roli w dotychczasowej akcji, jeśli nie liczyć paru wzmianek o swojej siostrze. Ale nie było stękania nad biedną, pobitą Astor. Za to plus.
Podsumowanie:
Minusy:
- brak spacji po myślnikach;
- interpunkcja leży (nie kwiczy, bo podstawy jako tako znasz, ale cała reszta – zdecydowanie nie);
- zdarzają się gdzieniegdzie błędy ortograficzne, np. wspomniane gdzieś na początku
;
- kopciuszkowanie Meredith;
- częste ignorowanie postaci drugoplanowych;
- zdarza ci się schematyczność;
- nieco zbyt małe literki, które czasami mi się rozmazywały na ekranie;
Plusy:
- długość rozdziałów;
- pomimo wszystko, fabuła;
- femme slash, który jest rzadki, jeśli porównać jego występowanie do slashu i związków heteroseksualnych w opowiadaniach;
- Xavier;
- szablon, estetyka, cały wygląd bloga;
Możliwe, że o czymś zapomniałam, ale masz to na pewno wytknięte w wyżej wymienionych rozdziałach. Ogółem, historia mi się podoba. Bez rewelacji, ale skoro już mam ulubionego bohatera, to pewnie z ciekawości będę czytać. Moja ocena: cztery na szynach. Bo nie zasługuje na ocenę niższą, ale ortografia i interpunkcja mnie boli, nie mówiąc już o tych nieszczęsnych myślnikach. Za to muszę powiedzieć, że fabularnie postawiłaś wysoką poprzeczkę dla mojej czwórki.
Pozdrawiam,
Wiedźma