Z moim okropnie bolącym, oparzonym palcem zabieram się do oceny (po co w ogóle piszę ten wstęp?) W tle przygrywa mi Alison, więc radzę nie spieprzyć. Borze, mój palec
boli. Nigdy więcej frytek. Będę zamawiała, nie robiła.
Dziś wybieramy się na
krótką wycieczkę do Londynu.
Pierwsze wrażenie: trudno tu mówić o pierwszym wrażeniu, bo zanim zaczęłam to pisać, weszłam na bloga przynajmniej dwadzieścia razy, zabierając się do oceny. Kobieta na szablonie
tak strasznie mi się nie podoba, ma taką urodę, której szczerze nie cierpię. Mężczyzna nie jest lepszy, ale szablon ogólnie jest bardzo ładny, wydaje się być starannie wykonany, podobają mi się kolory. Na pierwszy rzut oka widzę, że bez trudu dostanę się wszędzie. Ta czerwona kreska nieco mnie irytuje (taki przesyt), ale niech będzie. Przy pierwszym wrażeniu kciuk mogę unieść w górę.
Wygląd: jak już pisałam, pomimo tego, że ani pan, ani pani na szablonie mi się nie podobają, ogólnie jest ładnie. I estetycznie. Czas na podstrony. Pierwszy jest indeks (napisany przez „x”, nieee, błagam!) Druga księga, dużo wpisów, dużo linii. Argh. Trzeci Londyn, który zawiera opis opowiadania i bohaterów, których ja nie lubię, bo naprawdę to można odkryć samemu przy czytaniu opowiadania. Jeśli ktoś naprawdę dobrze pisze, czytelnik bez problemu odkryje charakter poszczególnych postaci.
„Bo jest inne od dotychczasowych moich opowiadań, zupełnie i kompletnie się różni.”
Podkreślone fragmenty to tautologia. Napisałaś już raz, że jest inne, druga część zdania to powtórzenie, ergo – jest niepotrzebna. Nie martw się, jeśli ją usuniesz, wypowiedź może zubożeje o kilka słów, ale będzie się o wiele lepiej prezentowała.
„Bo będzie dużo zagłębiania się w ludzką psychikę, zastanawiania, czemu tak, a nie inaczej Oni postępują.”
Ja nie wiem, skąd wam się to bierze. Mnóstwo fikopisarzy, z jakimi się spotykam, popełnia wciąż ten sam błąd. Po co ta wielka litera? Z szacunku do postaci? Formy grzecznościowej Ty, Tobie, Ciebie, Wam, etc. używamy w listach, języku urzędowym, ale nie we wstępie do opowiadania…
„Bo happy endu nie będzie!”
Tego się dowiem na końcu. Nie musisz od razu uprzedzać zakończenia, czytanie będzie ciekawsze i możliwe, że nie będę wiedziała, czego się spodziewać.
(mam dziwne wrażenie, że to powinno się znaleźć w
Treści, ale pieprzyć - zawsze uważałam, że podziały w ocenianiu się nie sprawdzają)
Opisów bohaterów nie czytam, bo wolę dowiedzieć się o nich wszystkiego w opowiadaniu. Cieszy mnie jednak, że wykorzystałaś fragmenty tekstu i „nie poszłaś na łatwiznę”. Widzę Orly’ego w roli jakiegoś Jamesa (sam wybór imienia mnie przekonuje do postaci), Nicole z „Godzin”, którą w filmie poznałam dopiero w połowie, Audrey Tautou (?) – chociaż to może nie być ona. Ogólnie, podoba mi się dobór „aktorów” do twoich postaci.
Potem dodawanie do ulubionych, linki (ładnie, duże odstępy, ale bardzo czytelnie), spis rozdziałów i profil.
Podsumowując, wygląd bardzo dobry. Wszystko estetyczne, czytelne, „łatwe w obsłudze”.
Treść: Mamy już za sobą „słowa wstępu”, czyli zakładkę
Londyn, przechodzę więc od razu do rozdziałów.
Rozdział I: nosi nazwę
Trzy kobiety. W języku polskim obowiązuje zasada, że wszystkie liczby piszemy słownie, wyjątkiem są lata w datach (np. dziesiąty stycznia 1998 roku). Mam mieszane uczucia, jeśli chodzi o pierwszą część opowiadania. Zaczynasz wszystko bez jakichkolwiek wyraźnych wstępów, jakby ta historia działa się już od dawna. Można w sumie to brać za komplement… nie podoba mi się postać Vivian, wydaje mi się, że przedstawiłaś ją zbyt jaskrawo, aż wyszło prześmiewczo, zrobiłaś z niej trochę parodię samej siebie. Z resztą, nie tylko z niej. Wszystkie trzy są dość komiczne w swoim tragizmie. Nie powiem, żebym pałała sympatią do Henry’ego.
Twój styl jest dobry, ale zauważyłam więcej tautologii. Wydaje mi się, że chcesz, żeby tekst brzmiał wyniośle, zawierał wiele słów, przez co powstają te błędy. Twoje starania rozumiem, dla mnie to dostosowanie stylu do tamtych czasów, ale przesyt tych wyrażeń również może razić. Dużo odnośników. Podoba mi się to, że wyjaśniasz znaczenie niektórych słów, które mogą być obce dla czytelników.
Parę rzeczy, które mnie „poraziły”:
„(…)zlizując słodką krew.”
Nie. Krew nie jest słodka. Ma metaliczny smak przez żelazo, które zawiera (mianowicie hemoglobinę). Wiem, że to czepialstwo, wynik przynależenia do lekarskiej rodziny i zbyt częstego oglądania House’a, to raczej nie twój błąd, a moja potrzeba sprostowania niektórych faktów.
„Malarz patrzył na nią niczym zaklęty. Nie poznał jeszcze panny tak wyuzdanej, tak odważnej i fascynującej jak ona. ”
Umówmy się: spotkał ją przed chwilą i nie zamienił słowa. Zobaczył tylko jej zachowanie, które wcale nie musi określać cech charakteru. Wyuzdanie w porządku, że jest fascynująca mogę jeszcze przeboleć, ale odważna? W takim wypadku mamy różne pojęcia odwagi. Jak dla mnie, to zdanie jest zbyt pochopne jak na dwuminutową znajomość.
„Mimo, ze resztki obyczajności cisnęły jej na usta prośby o zaprzestanie, jej oczy, wygięte w łuk młode, gibkie ciało, zdradzały najczystszą ekstazę. ”
Literówka.
Podoba mi się estetyka tekstu. Nie robisz błędów (przewinął mi się jeden interpunkcyjny, brak przecinka przed „czy” bodajże), poza tym wszystko wygląda bardzo ładnie, masz nawet akapity. To duży plus.
(btw. Białogłowej nie spodobałby się stosunek do kobiet w tym opowiadaniu…)
Rozdział II: „(…)tą część jej ciała.
Błagam.
TĘ.
Vivian nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia. Napisałaś trochę o niej, jej prawdopodobnie smutnej przeszłości. Przejdźmy do drugiej sceny.
„Henry był wobec żony zazwyczaj bardzo pobłażliwy, niczym wobec małego, kapryśnego dziecka, które wykłóca się o ulubioną, drewnianą zabawkę. Pozwalał jej na krzyki, awantury, tupanie nogami ze złości. Sam zazwyczaj w czasie takich ataków ze spokojem potrafił czytać książkę czy gazetę, skupić się na muzyce dochodzącej z gramofonu. Traktował Marjorie jak zło konieczne, osobę, którą dla spokoju należy tolerować w pewnych momentach i zbytnio się nią nie przejmować.”
Ten fragment i ogólnie całość (zakończenie!) nasuwa mi na klawiaturę: ?! Nie wiem, co chciałaś osiągnąć przez takie przedstawienie całej sytuacji, u mnie wzmogło to antypatię do głównego bohatera. Zupełnie nie rozumiem zachowania Marjorie, która pozostawała w związku z kimś takim jak Henry.
Niewybaczalne jest dla mnie bicie kobiety. A traktowanie ją podrzędnie, jak jakąś szmatkę, którą można manipulować i ignorować? Tylko potęguje moje uczucia.
Poza tym, dialogi w tej części wyszły nieco sztucznie.
„Sięgnęła po miecz obusieczny, który krzywdził i jej męża, ale i nią samą.”
JĄ samą. Z nią można coś robić, nawet nią można coś robić, ale JĄ samą. Ogólnie całe zdanie jest mało zrozumiałe.
To całe pieprzenie (wybacz) o Marcie i Charlesie mnie nie ruszyło. Nie widzę nic dobrego i obiecującego w Henrym. A naprawdę nie lubię opowiadań, w których wszyscy są nieszczęśliwi.
Czytam komentarze i nie mogę zrozumieć, co tak bardzo pociąga twoje czytelniczki w Henrym. Ten człowiek jest okropny. Traktuje innych jak śmieci, bije kobiety, nie szanuje ich zupełnie. Jest pseudo-artystą, nieszczęśliwym dupkiem, który swój smutek próbuje zapić, zatopić w ciałach jego kobiet. Szczerze mówiąc, nie mam na razie żadnych postaci, które bym polubiła.
Rozdział III: Nasze bohaterki przedstawione nieco inaczej. Wiedziałam, że Marjorie nie jest głupia, a Katharine ma świadomość, że Henry ją wykorzystuje. Nie podoba mi się to, że piszesz, jakoby one same zesłały na siebie taki los i były odpowiedzialne za wszystkie krzywdy, których doświadczały podczas związku z Henrym. Pieprzony, jak już pisałam, pseudo-artysta, obnoszący się ze swoimi zdolnościami. Wilde napisał w
Portrecie Doriana Gray’a bardzo ciekawe zdanie o artystach. Powiedział w nim o tym, że im bardziej są nudni powierzchownie, tym ich prace są ciekawsze. Nie ma to ogólnego zastosowania, ale są osoby, do których faktycznie można tę właściwość faktycznie odnieść.
Vivian nadal mnie do siebie nie przekonała. Podobało mi się zdanie pani Goldberg o niej – „nie widziała w Vivian tylko prostytutki, ale też biedną, nieszczęśliwą i zagubioną dziewczynę.”
„Widziała tą dziewczynę,(…)”
TĘ.
„(…)być pewna siebie kobietą(…)”
Literówka.
Rozdział IV: (wtrącenie, bo jestem pewna, że nie wytrzymam do rozdziału szóstego
Natknęłam się pod nim na komentarz Amaranty o treści: „'No i duże, okrągłe, piwne oczy, które zdawały się widzieć więcej niż obserwowany przez nie sobie życzył.' - przed 'niż' przecinek, moim zdaniem :P zresztą przed innymi 'niż' też ich, kochanie, nie stawiasz ;)”
Zaraz mnie coś trafi. Myślę, że robi to, ponieważ przed „niż” ogólnie się przecinków NIE STAWIA. To takie zasady interpunkcyjne w języku polskim. Ale co tam, po co się przejmować. Najlepiej zwracać uwagę na coś, o czym się nie ma pojęcia *stara się oddychać spokojnie*)
„Milczał jednak, pozwalając dziewczynie się uzewnętrznić. Życie go nauczyło, że kobiety należy traktować z należną im z racji płci pobłażliwością.”
Ach, tak? Mam zgoła inne poglądy, niż on/ty.
„(…)na tą ślicznotkę(…)”
„(…)że widzi tą samą dziewczynę(…)”
TĘ.
Henry jest doprawdy paskudny. Bardzo trudno czyta się opowiadanie, kiedy nie cierpi się głównego bohatera. Na tę chwilę mam ochotę wystawić trzy plus. Wiem, że twoje stałe czytelniczki bardzo oburzyłyby się, gdybym to zrobiła, ale mnie to opowiadanie do gustu nie przypadło. Dostrzegam to, że bardzo ładnie piszesz, że wszystko jest estetyczne i bardzo zadbane, że bardzo rzadko natykam się na błędy. Ale fabuła mi się nie podoba. Ani charaktery postaci. Zaczynam lubić Marjorie, co daje błysk nadziei, ale ogólnie nie mam przyjemności z czytania twojego opowiadania.
Rozdział V: I tutaj zyskuje moją sympatię Vivian.
Kobiet się nie bije. W rzeczy samej.
”(…)ale to była zupełna nieprawda i zwykła wielka bujda.”
Tautologia.
Pomimo, że opis seksu odbiega od moich ideałów (ogólnie, nie lubię ich czytać, chyba że u Gaimana – ale on tak ma, że kocham niemal wszystko, co napisze), pozytywnie mnie zaskoczyłaś. Spodziewałam się, że Vivian będzie tym
zakazanym owocem, ale dla Henry’ego, a nie dla Marjorie. I podoba mi się obrót sytuacji. Mam pewne podejrzenia co do dalszych wydarzeń, ale na razie pozostawię je dla siebie.
Rozdział VI: „Nie była, jak Dama z sonetów szekspirowskich, nie jasna z natury.”
Jak już pisałam, przed „jak”, „niż”, etc. nie stawiamy przecinków.
„(…)skąd zna tą urodziwą twarzyczkę.”
TĘ.
„Ta dziewczyna znała swoją wartość i była świadoma swojej urody,(…)”
Przeczytałam to raz, w porządku. Podoba mi się to w Vivian. Potem drugi, trzeci, czwarty. Ta opinia pada w prawie każdym rozdziale i mam jej serdecznie dość. Już to wiem, naprawdę! Nie musisz za każdym razem powtarzać.
„(…)miała w oczach tą samą iskierkę (…)”
TĘ.
Podoba mi się sposób, w jaki wszystko prowadzisz. W niektórych fragmentach widać, że pisałaś bez bety, ale ogólnie jest dobrze. Obrót sytuacji jest coraz lepszy i coraz bardziej wbija się w mój gust. Polubiłam Vivian. Do Jamesa zapałałam sympatią już od pierwszego zdania o nim, ale w głowie mam nieco inny jego obraz. Myślę, że Vivian wywróci życie nie tylko Henry’ego. Mam tylko nadzieję, że nie wpleciesz do swojego opowiadania banałów – to byłoby bardzo krzywdzące.
Podsumowanie: Bardzo estetycznie, czysto, ładnie. Twój styl jest w porządku, ale wkradają się błędy. Dobrze budujesz postaci, ale w pewnych chwilach wydaje mi się, że wiedzą za dużo o innych, przez co stają się sztuczne. Już pisałam, że w pewnej chwili fabuła bardzo mi nieodpowiadana, ale wszystko zmieniło się po rozdziale piątym i podoba mi się rozwój sytuacji. I moje wyobrażenie o końcu. Nie wypiszę prawdopodobnie wszystkich plusów i minusów, więc najlepiej będzie, jeśli to sobie odpuszczę. Widziałam, jak wysoko zostałaś oceniona u innych. Cóż. Nigdy nie polegam na recenzjach, gwiazdkach i tego typu rzeczach. Daję
cztery.
I czekam na dalszy ciąg.
Pozdrawiam,
Wiedźma
E: Nie, to zdecydowanie nie jest Audrey. Ale bardzo podobna.