Epitafium. Wszędzie, gdzie się nie ruszę opowiadanie jest polecane/zgłoszone do oceny/bardzo doceniane. Ciekawe.
Zaczynam i czuję, że szybko nie skończę, bo opowiadanie ma dziesięć długich rozdziałów. Więc lepiej wcześniej niż później. Nie spałam dzisiaj, więc życzę sobie powodzenia.
Pierwsze wrażenie: Leighton Meester na szablonie i błyskawiczne przejrzenie tekstu w poszukiwaniu jakichkolwiek oznak, że fandomem opowiadania będzie
Plotkara. Nie znalazłam, więc uznałam, że jestem bezpieczna. Nie trawię ani tej dziewczyny ani serialu. Takie osobiste uprzedzenie. Potem dostrzegłam Zaca Efrona, który jest mi już obojętny. W nagłówku prezentują się ładnie. Poza tym: szaro, estetycznie, czytelnie, elegancko, tylko ten czarny pasek po prawej mi przeszkadza. I piszesz bardzo długie rozdziały (albo takie wrażenie sprawia wąska kolumna).
Wygląd: Podoba mi się szablon, układ, wszystko jest, jak już wyżej wspomniałam, estetyczne i wszędzie mogę się dostać. Ponadto bardzo przypadł mi do gustu wygląd twojego osobistego bloga, taki prosty, ale naprawdę ładny. To tak na marginesie. Ten czarny pasek – argh. Burzy mi estetykę. Podoba mi się to, że tekst nie jest biały i nie bije po oczach. Myślę, że w pierwszym i drugim rozdziale możesz już zmienić kolor czcionki na normalny, bo nie wygląda on w zestawieniu z resztą zbyt dobrze. Ogólnie jestem na tak, strona wygląda bardzo dobrze.
Treść: Postanowiłam analizę zakładek umieszczać w treści, tak dla porządku. Spis treści jest na stronie, bardzo dobrze. Podstrona „info” – na pierwszą część zareagowałam kiwając głową, bo doskonale wiem, co to znaczy stracić zapał w połowie. Potem poznaję siedemnastoletnią Mayę i jest zgrzyt, bo opowiadania o nastolatkach to coś, co nie zapowiada się dobrze. Ale podoba mi się ostatnie zdanie, bo nie wiadomo, do kogo się odnosi i ogólnie jest takie… ładne. Trzecia – no widzisz. Nie zgadzam się z tym ktosiem. Po pierwsze, powieść to, umówmy się, za dużo powiedziane. Po drugie, te wątki poboczne, czy mają związek czy nie, mnie zawsze interesują. I, co najważniejsze, nie mam pojęcia, po co umieściłaś tam tę informację. O tym związku mogłam dowiedzieć się w trakcie czytania.
Rozdział I: ARGH. Narracja pierwszoosobowa to coś, co może nieźle zepsuć opowiadanie. No i sprawić, że główna bohaterka (bo zwykle jest to ona) staje się automatycznie Mary Sue. Drugi akapit jest pełny błędów interpunkcyjnych:
”Było zimno, wietrznie, a ja, jakby na przekór samej sobie, ubrana byłam niestosownie do pogody. Dobry wygląd bez względu na samopoczucie czy okoliczności to motto, które ciągnęło się za mną przez bardzo długi okres życia. Mróz, który powodował, że moje kości odmawiały posłuszeństwa, nie był wtedy jedynym wrogiem. Z pustym żołądkiem oraz resztkami energii usiłowałam dojść do najbliższej cywilizacji.”
Przecinek przed „to” jest czymś, co mnie bez przerwy zadziwia. Nie mam pojęcia, skąd się ten błąd wziął. Tak samo jak dzielenie przecinkiem zdania pojedynczego, w którym widnieje tylko jedno orzeczenie, ale i tak z jakiegoś powodu mamy potrzebę postawienia tam tego znaku przystankowego.
Nie będę komentować „dobrego wyglądu bez względu na wszystko”, bo moja opinia może być zbyt pochopna. Twój styl mnie trochę mierzi. Najpierw widzę słowo „impreza”, które jest dość kolokwialne, a potem „libacja”, które w zestawieniu z tym pierwszym może wydać się śmieszne. Poza tym -
dojść do najbliższej cywilizacji? Być może to tylko moja czepialska natura, ale mi zgrzyta. I to bardzo.
„Chociaż ciałem byłam kilka kilometrów poza domem, duchem już rozczulałam się w przytulnej, ciepłej łazience.”
Niech mnie ktoś poprawi jeśli się mylę, ale dotąd myślałam, że rozczulać można się nad czymś, a nie… w czymś? Wydaje mi się, że trochę pomyliłaś pojęcia.
nie ważne
NIEWAŻNE.
„(…)że im szybciej będę szła, tym szybciej dotrę do domu.”
Istnieje bardzo przyjemny zamiennik dla słowa „szybciej” – „prędzej”. Dzięki niemu można uniknąć powtórzeń.
litosnym spojrzeniem
„Ekstrawagancję” odłóż na bok, proszę.
Litościwym. Czasami klasycznie brzmi lepiej niż innowacyjnie.
„(…)ostatnie resztki cierpliwości dla naszej dwójki.
Ostatnie resztki. Masło maślane.
„Rodziciela”
Literówka.
„Gdy skończyłam grać w pokoju rozległy się brawa w wykonaniu pięciu par dłoni.”
Okropne zdanie. W całym rozdziale widać, że na siłę wciskasz do tekstu takie frazy, żeby zrobić go „bardziej literackim” albo coś w tym stylu. Wychodzi bardzo sztucznie i w niektórych momentach mam ochotę zostawić opowiadanie. Niepotrzebnie dodajesz takie oczywiste albo zbędne szczegóły jak ten w górze. Przez to tekstu nie czyta mi się gładko i przyjemnie, ale z ciągłym marszczeniem brwi. Wszystko wydaje się takie wymęczone i na siłę.
ARGH! Widzę słowo „rodzicielka” wszędzie, dosłownie wszędzie! To może doprowadzić do szewskiej pasji, doprawdy. Myślę, że tego wyrażenia powinno się używać raczej jako zamiennik, niżeli „główne określenie”. Jak mniemam, ma po trochu przedstawić stosunek Mai do matki, ale na litość borską. Bez przesady.
„Miła świąteczna atmosfera i zapach tych wspaniałych dni był wtedy jeszcze odczuwalny w moim życiu. Teraz ulotnił się w nieznane.”
Jeżu drogi. Masz tam świąteczną atmosferę
I zapach tych wspaniałych dni, co daje dwa, co daje liczbę mnogą, czyli absolutnie nie „był”, a „były”. I „ulotniły”, nie „ulotnił”.
Jest dużo niebanalnych dialogów z potencjałem, które okrutnie zabijasz beznadziejną narracją, sztuczną i nieco nieporadną. Podobają mi się kwestie bohaterów, ale sposób w jaki Maya opowiada o wszystkim jest okropny. Nieprzyjemnie mi się to czyta. Co się tyczy fabuły, jest w porządku. W trakcie są nudne momenty, ale zakończenie rozdziału mi się podobało.
Technicznie tekst nie jest dobry. Robisz mnóstwo błędów ortograficznych. Gdzieniegdzie wkradają się literówki, zauważyłam też sporo błędów stylistycznych.
Ale biorę pod uwagę, że to dopiero pierwszy rozdział i że opowiadanie może jeszcze ewoluować.
Rozdział II: pedaliki
Podejrzewam, że chodziło o „pedalski”. Blah. Okropne słowo.
No proszę. Widzę malutką zmianę. Może przez to, że rozdział jest o wiele krótszy od poprzedniego, ale zauważyłam mniej potknięć stylistycznych i literówek. Interpunkcja na tym samym poziomie. Jeśli chodzi o fabułę, dowiadujemy się, że:
a. Maya jest suką;
b. co więcej, jest nią nie bez przyczyny;
c. jej matka nie żyje/odeszła, a Adrian zna hiszpańskie przekleństwa i wrócił;
Podobała mi się rozmowa na samym początku (pomimo niezgrabnie wplecionych kolokwializmów). Ogólnie, fragment ani mnie nie zachwycił, ani zawiódł. Ale rozumiem, w każdym opowiadaniu są ze dwa, trzy rozdziały „przerywniki”, które mają być podstawą akcji.
Rozdział III: Zaczyna się bardzo naiwnie i szablonowo. Zastanawia mnie to, że sporo ludzi mówi o twoim opowiadaniu „oryginalne”, bo ja tam nic oryginalnego nie widzę (nie umniejszając wartości treści). No bo tak: mamy główną bohaterkę, zbuntowaną i zgorzkniałą nastolatkę, która sobie „radzi” (coś mniej rażącego niż Mary Sue Bad Girl), która stała się taka po jakichś traumatycznych przeżyciach z przeszłości, mamy jej „księcia na białym koniu”, który prawdopodobnie odmieni jej smutny los (poprzez przypomnienie cudownych chwil z dzieciństwa, nauczy ją jak znowu czuć i będzie dużo łez), a potem umrze, bo to przecież angst (ewentualnie ona), mamy cudowną przyjaciółkę, mniej cudownego ojca, macochę i brak matki.
Będzie bardzo ciekawie, jeśli w przyszłych rozdziałach odejdziesz od tego szablonu, na co mam nadzieję. W tym mniej pozytywnym scenariuszu przewiduję próbę gwałtu i wcale mi się moje przewidywania nie podobają.
„- Obie prze to przechodziłyśmy(…)”
Literówka.
„Jedna z moich koleżanek przechodziła akurat fazę młodzieżowego buntu, nosząc się jedynie w kolorach czarnych i słuchając całymi dniami rockowych piosenek.”
No do cholery. Czytam coś takiego i mnie krew zalewa. Noszenie się na czarno i słuchanie rockowych piosenek to oznaka buntu młodzieżowego. A jak mam kolczyk w języku, to jestem lesbijką. A brat B jest gejem, bo nosi rurki. Trzymajcie mnie.
„Podekscytowanie sięgnęła zenitu.”
Literówka.
„A przecież zapierałam się rękami i nogami, płakałam i tupałam, krzyczałam i nachodziłam dyrektorkę wymarzonej szkoły.”
Albo bardzo nie lubisz głównej bohaterki i robisz z niej rozpieszczoną, bezmyślną dziewczynę albo uważasz, że taka jest „fajniejsza”, co by mnie trochę zmartwiło. Wolę ufać pierwszej wersji. (Ufać wersji – pięknie powiedziane.)
Och mój borze liściasty, wakacyjna miłość nie wypaliła? Cholera. Było chłopaka wrobić w bachora, wtedy musiałby zostać. Naprawdę, jak czytam takie rzeczy, to przychodzi mi na myśl, że opowiadanie pisała trzynastolatka, które ma takie pojęcie o problemach życiowych, że hej. Ja rozumiem, że taki wiek, ale proszę. Można było wymyślić coś bardziej błyskotliwego? Można było. Wymyśliłaś? Nie.
„Pewnego dnia powiedział, że gra na gitarze. Następna jego wizyta odbyła się wraz z zademonstrowaniem muzycznych umiejętności. Grał cudownie, chociaż o rocku i gitarze nie miałam zielonego pojęcia. Padło pytanie czy nie chciałby grać na gitarze elektrycznej.”
Jak z rodzicielką, cholera. Gitara na gitarze.
W tym rozdziale poznałam jakże tragiczny dalszy ciąg niepowodzeń w życiu Mai oraz więcej przyczyn jej zachowania. I, powtarzając się, jakże się wzruszyłam niezmiernie. Pierwszy rozdział był o wiele lepszy, przynajmniej przedstawiał realne problemy dziecka, a nie fochy rozpieszczonej nastolatki.
Rozdział IV: Odpuszczam sobie kilka linijek streszczenia twojego dotychczasowego życia. O jaaa, pojawia się macocha i przyrodnia siostra. Będzie dramat, jak nic.
„– Och świetnie. Widzę, że doskonale się z tym czujesz. Teraz wiem, że to nie była dla ciebie żadna strata.
– Nie mów tak. Dobrze wiesz, że przeżyłem to równie ciężko jak ty.”
Och, borze. Gdyby to powiedziała Krissi, czułabym te same emocje. Sztuczność tego dialogu mnie przerosła.
Mówiąc szczerze, w moim odczuciu średnio ci wychodzi kreowanie głównej antybohaterki. Najpierw mam wrażenie, że to po prostu nieporadność w tworzeniu postaci, teraz już wiem, że ona ma taka być, ale nie przemawia do mnie zupełnie. I te och, ach dramaty w jej życiu. No mój borze. Staram się nie być nieczułą, wręcz „miętką” (co zarzuca mi Białogłowa), ale przedstawiasz całą sytuację w tak oporny sposób, dodając szczegóły w stylu „zawinęłam włosy w ręcznik”, które nijak się mają do dalszego ciągu, że nie mogę poczuć sytuacji Mai. Ciągle mam przed oczami rozkapryszoną, szablonową nastolatkę z błahymi problemami, słabą narracje, coraz gorsze dialogi i wszystko wyprane z emocji, co, pomimo że w niektórych przypadkach jest ogromnym atutem, tutaj bardzo przeszkadza.
O borze, nie, nie, nie. Borze. Borze. Wplotłaś jeszcze do tego wszystkiego wątek umierającej dziewczynki, której nie akceptuje główna bohaterka, a którą tylko ona może uratować. Gdybym nie była damą, powiedziałabym k___a. Natomiast teraz zostaje mi motyla noga.
Teraz mam kilka rozwiązań dalszej fabuły, które mnie przyprawią o histeryczny śmiech:
a. Adrian umiera. Poruszona Maya zmienia się, oddaje szpik Wiktorii i wszystko jest cudownie;
b. Wiktoria umiera. Maya ma poczucie winy, zmienia się, zabija się, z tego wszystkiego zabija się również Adrian (haha, byłoby ciekawie);
c. Adrian zmienia Mayę. Ona oddaje Wiktorii szpik. Potem umiera jako bohaterka.
I te pe, i te de.
Po co tyle dramatycznych wątków, cholera? Nie uczono was, moi drodzy blogowi pisarze, że co za dużo to niezdrowo?
„– Nie. Różowy nie jest twarzowym kolorem. Poza tym wyprawiasz ślub, a nie słodką szesnastkę. Może to będzie dla ciebie pewnym rozczarowaniem, ale dla własnego dobra, gdybym była tobą, postawiłabym na błękit. Wiesz dlaczego? Bo niebieski jest kolorem odpowiednim zarówno dla brunetek jak i dla blondynek. Nie sprawia efektu tandetnego weseliska i pasuje do chabrów lub fiołków. Ponad to, wybierając go, nie zmuszasz facetów by ubrali na siebie pedalskie muszki. Podważasz w ten sposób ich męskość i uderzasz w ego. Wierz mi, pomimo tych wszystkich nieporozumień jakie między nami zaszły, że błękit jest stuprocentowo dobrym rozwiązaniem. Dla wszystkich.”
Ponadto.
Och, ty moja droga Marysiu Zuziu Bad Gerl, jakaś ty mądra, przekonująca i zgrabna. Pedalskie muszki. Jack White nosi pedalskie muszki. Oczekuj Zioła, który przyjdzie cię zbesztać do twojego domu.
Rozdział V: „- Po prostu nie rozumiem – powiedział szorstko – dlaczego okazujesz mi tyle nienawiści.”
Wszystkim okazuje. Ten typ tak ma.
„– Nie za dużo? Wiesz, Maya, wypiłaś tyle co ja i moi kumple, a wszystkim nam kręci się w głowie.
– To, że nie umiecie pić, nie oznacza, że możesz rzucać szowinistycznymi tekstami – warknęłam niewyraźnie, po czym otarłam usta wierzchem dłoni.
– Jak chcesz – odparł niezbyt zadowolony.
Zazwyczaj byłam odważna, ale tamtego wieczoru potrzebowałam czegoś, co pomogłoby mi zwiększyć pewność siebie.”
Rzecz pierwsza: szybka jest. Ponoć kiedy przyszła do klubu, chłopak był już nieco pijany, a teraz okazuje się, że wypiła tyle, ile oni.
Rzecz druga: polski nastolatek, który uważa, że już dość, bo mu się w głowie kręci? No jasne.
Rzecz trzecia: och, ach, Maya potrafi pić, a oni nie. I jest taka odważna. Jej niesamowitość mnie zachwyca.
„Zapytałam siedzącą obok mnie blondynkę, ubraną zaledwie w bluzkę i pończochy czy ma zapalniczkę, po czym odpaliłam setnego papierosa.”
Mrał. Nie dość, że potrafi pić, to kopci bardziej niż Alison i Braj razem wzięci.
Niesamowite. Lans, szpan i melanże, co nie?
Niech zgadnę. Próba gwałtu i Adrian, który pędzi na ratunek. Będzie tak, prawda? Cholera.
Niee. Czyli próbę gwałtu odkładamy na później. Ale Adrian nadal jest hirołem. Czuję, że będzie cholernie rzewnie. Chyba sobie nawet włączę Alison, niech mi śpiewa na pocieszenie.
The przełom, część pierwsza. O tak. Na to nie ma co psioczyć, bo to naturalna kolej rzeczy, że bohater się rozwija i podoba mi się sposób odegrania – po pijaku, w nocy, kiedy po wytrzeźwieniu można jeszcze próbować wszystko odkręcić.
nie znaczącym
Nieznaczącym.
Ech. Z tej sceny, z tego pomysłu można by zrobić coś cudownego. Po co psuć ckliwością i banałami? Proszę. Drugie ich spotkanie po tylu latach, a tu już przełom. I wszystko zostało powiedziane. Wszystko, cholera. Nie stopniowo, tylko od razu, bo przecież ten mur „nie do przebicia” pokruszył się po słowach boskiego Adriana „opowiedz mi”. Litości.
Poza tym, przed chwilą napisałaś, że nie płakała od trzech lat, to jest od śmierci matki. Potem Maya mówi, że nie uroniła łzy po tym, jak umarła. Więc, że tak powiem, o co chodzi?
„W jednej chwili poczułam, że wszystkie smutki zostają odjęte jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Mając świadomość, że jest obok, prawdziwy, żywy, ten sam co kiedyś, wydawało mi się, że znajduję się w objęciach puszystej poduszki dodającej mi bezpieczeństwa podczas gwałtownego spadania w dół.
Nie chciałam być więcej złą osobą. Zapragnęłam zmian.”
Och, proszę. Mogłaś przynajmniej stwarzać pozory powolnych zmian. Nie jestem w stanie uwierzyć w „zapragnięcie zmian” ot tak, bo Adrian sobie przyszedł.
Rozdział VI: ”Chwyciłam jogurt naturalny, który upchnięty był pomiędzy sałatą a margaryną(…)
Ciekawe. Bardzo mnie, cholera, obchodzi, gdzie był ten jogurt.
Czyżby w tej części nastąpił Kiss? Z pewnością Kiss jest już niedaleko.
Nie prawda
Nieprawda.
„Przez ostatni okres czasu(…)”
Okres czasu. Godzina czasu. Tydzień czasu. Cholera. Można napisać
ostatnimi czasy albo
ostatnio.
Scena zbliżania się do Wikorii była bardzo, bardzo dobra. Ale po co to omdlenie na koniec? I po co, cholera, piszesz bez sprawdzenia?
Po pierwsze: nigdzie nie jest napisane, że Maya sprawdzała puls i oddech Wiktorii, skąd więc wziął się pomysł z reanimacją?
Po drugie: zaczęła reanimację z jakiegoś tam powodu (zakładam, że skoro robiła masaż serca, ono przestało bić) i skończyła, żeby przenieść dziecko przez las? Co do cholery?! Przestała reanimować, kiedy życie jest zagrożone? Wiesz, że po trzech minutach przerwanego krążenia zachodzą poważne zmiany w mózgu?
Po trzecie: nagle czytam, że tylko zemdlała, po co więc reanimacja? Czy to ja jestem dziwna, czy po prostu ty nie masz pojęcia, o czym piszesz? Skoro zemdlała, Maya powinna sprawdzić, czy oddycha i czy jej serce bije. Nie zrobiła tego, tylko, cholera, zaczęła w sumie bezsensowną reanimację, którą zaraz przerwała. Niczego kompletnie nie rozumiem z tej sceny.
Rozdział VII: – Halo? – sygnał połączenia przerwał zaspany głos Julii
Brak kropki.
chipsów z Biedronki
Taaa. Ogólnie są mega bogate, ale oszczędzają na chipsach/robią sobie śmieszne żarty.
„(…)że poziom mojej perfekcji już nigdy nie będzie taki sam.”
Ach, te różne poziomy perfekcji. Jest perfekcja większa i mniejsza. I średnia. I podłużna.
No i stało się. Maya jest dobrą duszą, wszystko się zmieniło, ahahaha, jak się cieszę. Wiktoria uratowana (chociaż może jeszcze nie, może szpik się nie przyjął, przecież to angst), lody przełamane (ze wszystkimi), cały świat do uratowania. I wszystko wraca do szablonów i normy. Ale Kissa nie było. To mnie nieco zawiodło.
Rozdział VIII: „Gorące całuski.”
Aha.
Dostrzegała piękno wszystkiego. Braj byłby dumny (bez obrazy, Braj).
O borze, święta. O borze, czyżby Kiss pod jemiołą?
„Jak zwykle, gdy schodziłam na dół towarzyszył mi skrzek drewnianych schodów uginających się pod ciężarem mojego ciała.”
Że co? A Adrian, który ważył o kilkanaście kilogramów więcej, z nią na rękach, nie wydawał żadnych dźwięków, kiedy z nią wchodził na górę. Ciekawe.
„– A teraz nie ma odpoczynku, tylko pomóż mi rozwieszać lampki.
– Za jakie grzechy? – jęknął, zasłaniając twarz w obronnym geście. – Zaprosiliście mnie tutaj w roli czarnej, siły roboczej?
– A żebyś wiedział! Naiwny byłeś myśląc, że się u nas pożywisz. – Zaśmiałam się.”
Ach, te śmieszne, wigilijne dżołki, hehe.
Był seks. Jak zwykle. W tych czasach opowiadania z emocjami, a bez seksu to rzadkość, a szkoda. Ale to już tylko moje odczucia. Niektórzy autorzy nie potrzebują fizyczności, żeby coś pokazać, ale nieliczni.
I co dalej? Już nie spodziewam się niczego odkrywczego. Wiktoria żyje i ma się dobrze, więc, rzecz jasna, to między Mayą a Adrianem się coś popsuje. Pewnie któreś z nich umrze. Przynajmniej nie było próby gwałtu.
Rozdział IX: „(…)w ciężkich sytuacjach.”
Ach, te modne słowa.
Trudnych.
„W takich chwilach dziękowałam stwórcy, za moją szybką przemianę materii.”
W takich chwilach mam ochotę zacytować Sierżant. Jeśli bohaterka opka kiedyś będzie otyła, z garbatym nosem i pryszczami… (i dalej część, której nie pamiętam, a dotyczyła prawdopodobnie Beli B.)
Zmieniasz charakter swojej bohaterki w każdym zdaniu. Niezbyt to konsekwentne. I mnie się niezbyt podoba. Poza tym, zaczyna mnie nieco nudzić całe smęcenie o jej matce. Taka to już nieczuła ze mnie osoba. Po prostu, jak już pisałam wyżej, nie wkręciłam się w opowiadanie ani trochę.
Rozdział X: Co? Jak to: przed pięcioma laty? Ponoć umarła trzy lata temu. Albo ja coś przegapiłam.
Mam mieszane uczucia co do rozdziału, co do zakończenia i co do całego opowiadania. Nic w nim odkrywczego nie napisałaś, nic zaskakującego, nic, co by mnie ruszyło. Było parę dobrze napisanych fragmentów, ale to wszystko. Spodziewałam się czegoś bardziej spektakularnego, czegoś lepszego, co wbije mnie w krzesło i zatrze wszystkie wcześniejsze zarzuty. Nie doczekałam się.
Podsumowanie:
Plusy:
- wygląd;
- estetyka;
- pomysł;
Minusy:
- błędy;
- styl;
- słaba fabuła;
- narracja pierwszoosobowa;
- trochę mdło się wszystko kończy;
- nie zaskoczyłaś mnie w ogóle;
- za dużo dramatów jak na jedno opowiadanie;
Po Epitafium naprawdę spodziewałam się czegoś dobrego. Czegoś, co mogłabym polecić, co by mnie zachwyciło, a przynajmniej się spodobało. I zawiodłam się bardzo. Mówiąc szczerze, zmęczyło mnie czytanie tego tworu. Nie tego oczekuję, kiedy zasiadam do opowiadania. Ze wszystkiego podobał mi się najbardziej rozdział pierwszy. Jednak retrospekcje okazały się być tutaj najprawdziwsze. Reszta jest średnia. Niech będzie
trójczyna. Być może powinno być niżej, ale wierzę w pomysł. Coś tam jednak się narodziło i chciało być zrealizowane. Co się z tym stało to już inna sprawa. Nie, nie podobało mi się. Ale to już tylko mnie.
Pozdrawiam,
Wiedźma
(PeeS. Autorko! Zaoszczędź sobie słów nienawiści. Złość piękności szkodzi.)