Wiedźma wraca z ogromnym opóźnieniem, ale rozumiecie - przeprowadzki i te pe. W każdym razie, ocenę meridy miałam już napisaną w połowie, ale jest ona zapisana na niedostępnym dla mnie aktualnie dysku i myślę, że szybciej będzie, jeśli napiszę ją od nowa. Zwłaszcza, że nie umiem oceniać pamiętników. Przy czym chciałam zauważyć, że nie posiadam w tej chwili Worda, przez co piszę w notatniku, co okropnie mnie irytuje.
Z pewną dozą ironii ocenię oczekującą obszernych wywodów mych
meridę.
Jak już wyżej wspomniałam, ocenianie pamiętników stanowi dla mnie niemały problem. Na opowiadaniach raczej się znam, przynajmniej śmiem tak sądzić. A pamiętniki? A co tu oceniać? Ludzkie życie? Ale skoro już się tego podjęłam, należy zadanie spełnić. Może potraktuję to trochę jako opowiadanie. Pewnie tak będzie.
Na wszelki wypadek i trochę z ciekawości, chociaż jestem prawie pewna, że wybrałaś nazwę na chybił-trafił, sprawdziłam na wikipedii, co znaczy słowo "merida". Dowiedziałam się, że Merida to miasto w Hiszpanii, Wenezueli (jest tam również stan o tej nazwie), Meksyku, góry w Ameryce Południowej, producent rowerów i nazwisko piłkarza Arsenalu. To tyle, jeśli chodzi o nazewnictwo. Taka sobie ciekawostka.
Pierwsze wrażenie/Wygląd: Niezbyt dobre. Nie lubię kreskówkowych szablonów. Okropny tekst pod avatarem "poznaj mnie, jeśli to zrobisz, od razu mnie pokochasz, chcesz tego". Że co? Pasuje mi do jakiejś, nie wiem, zbuntowanej dwunastolatki, która dopiero odkryła myloga i rzuca dość żenującymi tekstami. Szczerze mówiąc, cały blog wygląda na taki pierwszy, słaby, niedopracowany. Długie, dłuugie archiwum, dużo, duuużo wpisów. Nagłówek do archiwum z nieznanych mi przyczyn jest koloru czerwonego, a linie w szablonie przechodzą dziwną transformację, która wcale nie wygląda dobrze. Dużo linków do ocen, w nagłówku emota. Niewyświetlająca mi się muzyka (zamiast tego pokazuje się biały kwadrat, ale to pewnie dlatego, że używam z gównianego explorera). Zdążyłam przesłuchać ją wcześniej i nie podoba mi się. I ogólnie to mnie odpycha.
O mnie: W sumie nie takie złe, chociaż nadal nudno i szablonowo. Hej, jestem indywidualistką, hehe. Dużo o tobie, to w sumie mógłby być plus. Słaba forma. I takie ogólnie nieciekawe.
Treść: Próbowałam czytać wcześniejsze lata, ale nie dałam rady. Miałaś rację - pokemonik, w czystej postaci. Słit obrazki, gify, czy czego jeszcze się nie wrzucało na blogi w tamtych czasach. Potem jest postęp, ale w sumie mały. Chociaż przestajesz być pokemonem, to twoje notki są nudne. Tak bardzo, że mam ochotę wyjść, wrzucić trzy zdania do oceny i dać sobie z tym spokój. Miałam oceniać dwa ostatnie lata, ale kiedy wyobraziłam sobie, że muszę przeczytać wszystko z 2009 plus 2010, odechciało mi się wszystkiego. Tak więc, 2010. Nie widzę dużego problemu, bo notek jest mniej więcej tyle, ile przeciętny blogowicz nabija w dwa lata.
Nie, żeby było w tym coś złego. Dużo notek? Okej. Tylko dobrze by było, gdyby były ciekawe. A twoje, niestety, nie są.
Tak więc, mamy styczeń. Wita mnie bełkot o jakimś Sewerynie, Sylwestrze i że nie rozumiałaś, co do ciebie mówi, ale ty to lubisz. Interpunkcja leży. Ogólnie, nie dbasz zbytnio o to, co piszesz. Druga o tym, że karmisz myszami pająka. Potem rozmowa z babcią. Potem koniec kryzysu związku, emota, następnie niedługi wywód o tym właśnie kryzysie. Czy coś w tym stylu. I tak cały styczeń: emota, party, emota, mam wielbiciela, emota, horoskop.
Luty. Michaś, wielbiciel, sesja, znalazłaś pięć złotych, ale już wydałaś, nie chce ci się. Mnie też nie. Uwierz. "Nine". Michaś zasnął, bo film był ogólnie słaby, przynajmniej według mnie. Walentynki. Wywód na temat ich. Bardzo ciekawy, oczywista. Głowa cię boli.
Nie jestem osobą cierpliwą, więc po prostu wodzę wzrokiem po tekście, próbując znaleźć cokolwiek ciekawego i czeka mnie zawód, bo nie ma nic. To są NAPRAWDĘ luźne zapiski o twoim życiu, niczym nie przyprawione, trochę poglądy, które spokojnie można by wykorzystać w jakiejś luźnej konwersacji, ale na Boga, nie na blogu w kraju, gdzie ludziom nie chce przeczytać się czegoś, co ma więcej niż jedną stronę Worda! Po twoim blogu jeszcze bardziej się zniechęcą i czytelnictwo padnie, jak nic!
Marzec, kwiecień, maj. Dwanaście notek. Powiedzcie mi, że jestem nierzetelna, odpuszczam sobie. Chcę mieć ocenę za sobą. BARDZO.
Czerwiec. O borze. Więcej wpisów o niczym. Porównanie Aguilery i Gagi. Głosowałaś na Kaczyńskiego. Związki, więcej związków. Znowu ci się nie chce. Nic nowego.
Lipiec. Widzę, że bardzo nie lubisz nastolatków. Kompletnie poza oceną powiem, że opozycja już była i nic się nie zmieniło. Teraz Platforma ma szansę i jeśli się wywiąże, to świetnie, a jeśli nie, to w sumie po staremu. Mnie na szczęście to już nie dotyczy. Następnie:
Wezmę się też za tworzenie notki o mojej wielkiej teorii motłochu, bo mam dość tych wszystkich alternatywnych dzieciaków, które myślą, że wszystkie rozumy pozjadały, tylko dlatego, że na „Zetce” leci GaGa, a u nich Kult, czy jakaś inna komercja dla „buntowników”. O, tak. W nich też jest przecież ogrom zysków."
To taki popularny pogląd. Wiadomo, że z każdej muzyki są zyski. Muzyk, aktor, artysta - to wszystko zawody, które mają na celu przynosić zyski. Różnica jest taka, że u niektórych te zyski to taki efekt uboczny. Jak powiedział kiedyś Tim Burton (albo nie on, nieważne) "Robię to, co kocham i jeszcze mi za to płacą". Dla niektórych artystów bardziej liczy się to, co robią, niż to, co za to dostają. Pewnie uważasz, że to naiwny pogląd. Wezmę więc przykład, chociaż prawdopodobnie ani ciebie, ani innych nie przekonam. No trudno. Wybrałaś sobie Lady Gagę i Kult. O Kulcie mało wiem. O Gadze też, ale zaryzykuję. Za to zamiast Kultu wezmę sobie innego alternatywnego artystę, którego ostatnio bardzo kocham, a który nadaje się tutaj idealnie. Jest sobie Dean Fertita. Prawdopodobnie go nie znasz, mało ludzi zna jego nazwisko, zwykle stoi w cieniu bardziej sławnych ludzi, chociaż jest równie genialny. Gra na keyboardzie, gitarze, śpiewa. Jest trochę dźwiękowcem, chyba tak to się nazywa, bo obsługuje wszystkie przyrządy do manipulacji dźwiękiem. Pisze teksty piosenek. Od razu mówię, że media się nim nie interesują, ani trochę. Może tylko przez to, że pracuje z Jackiem Whitem, Alison Mosshart, Joshem Homme. Gra z The Dead Weather i Queens of the Stone Age. Te zespoły są genialnie wypromowane, głównie przez wyżej wymienione przeze mnie nazwiska. W sumie Dean jest ustawiony przy swoim keyboardzie. Niedawno wydał solową płytę, zakładając formację Hello=Fire, o której mało kto słyszał. W wywiadzie powiedział, że ogólnie nie lubi mieć dużo wolnego czasu i nagrywał kawałki podczas różnych tras koncertowych. Powiedział też, że jest to dla niego coś, do czego zawsze można wrócić. Weźmy teraz Lady Gagę. Niezbyt ambitne teksty, których prawdopodobnie sama nie napisała. Teledyski, które mają być skandalizujące i prawdopodobnie sama ich nie wymyślała. Dużo szumu wokół jej osoby, dużo promocji, dużo skandalu, media. Otoczka, która sprawiła, że jej "twórczość" jest sławna. Nie ma nic przełomowego w jej tekstach, czy muzyce, nie ma nic ciekawego, innowacyjnego, co zasługiwałoby na takie szaleństwo. A jednak jest sławna. Bardzo. I teraz, powiedz mi. Widzisz różnicę? To chyba czuć. To jest właśnie różnica między muzyką robioną dla siebie, dla swojego rozwoju i przyjemności, a dodatkowo dla każdego, kto ma ochotę słuchać, a muzyką robioną dla pieniędzy i sławy. I wyłącznie tego. Niektórzy naprawdę mają pasję, naprawdę kręci ich to, co robią, zatracają się tym. Dla innych jest to tylko kolejny sposób na uzyskanie pieniędzy. Taką właśnie widzę różnicę pomiędzy muzyką z zetki a muzyką alternatywnych dzieciaków.
Przepraszam, że się tak rozpisałam, w sumie to ma mało do oceny, ale musiałam wyrazić swoje zdanie.
"Zespoły nie tylko nerwicowe, ale też zespoły, które w niezrozumiałym bełkocie będą wmawiać, że to jest sztuka, to jest prawdziwa muzyka."
No przepraszam bardzo. A czytałaś ty może teksty chociaż jednego z tych alternatywnych zespołów, których tak nie lubisz? Nigdy nie przepadałam za klasykami, nie słucham Jacksona, Led Zeppelin, Iron Maiden. Kurta owszem. I wiem, że muzyka Nirvany i to, co chcieli powiedzieć przez swoją twórczość światu (tak jest, wierzę w artystów, którzy niosą coś ze swoim brzmieniem, czy tekstami, radzę posłuchać podobno mainstreamowego Placebo, poczytać, co Brian nagryzmolił w sowim notatniku, czy co on tam ma).
Nagonka na nastolatki "alternatywne" mnie irytuje. Zastanawiam się, jaka ty byłaś w tym wieku. Tak, uważam, że potrafię zinterpretować tekst. Nawet angielski, łohoł. Tak, uważam, że umiem posługiwać się ironią i wyłapię błąd stylistyczny. I słucham muzyki, która nie jest ogólnie popularna. Nie szczycę się tym, bo lubię oglądać Dżonasów, ale i tak. I wiesz co? Nie lubię, jak ludzie szufladkują. Bo czasami zamknięcie się w sobie nie jest wywołane modą. A nastolatki tak mają, że są podatne na takie rzeczy, to mija z wiekiem. Bo, jestem przekonana, że pamiętasz, a jeśli nie, to masz szczęście - jest potrzeba bycia zauważonym, odmiennym, lubianym, uważanym za wzór do naśladowania. Właśnie wśród znienawidzonych przez ciebie nastolatków. I fakt, to jest czasami irytujące, ale tego nie zmienisz. Nie zmienisz mody na palenie, noszenie lanserskich ciuchów, czytanie Zmierzchu, picie kawy w Starbucksie. W tym wszystkim kryje się pragnienie lepszego życia, takiego z gazet, ekranów telewizorów, czy kin, z internetu. Każdy przez to przeszedł, będąc nastolatkiem. Plany na przyszłość. Kreowanie osobowości, zainteresowań, poglądów. Właśnie dlatego takie są nastolatki. Za dziesięć lat będą się z tego śmiać, kręcąc głową litościwie. I, pomimo że jest to najgorsze, to chyba w nich najbardziej twórcze i najcudowniejsze.
Koniec wywodu Wiedźmy.
Podsumowanie: Jest nudno, jest brzydko, nie podoba mi się, ale ja wiem, że ty nic sobie nie robisz z oceny, czytałam i domyśliłam się. Gdyby cię to obchodziło, zmieniłabyś szablon, pokasowała notki. Może jesteś ciekawa, ale nie ma to większego wpływu na to, co robisz. I dobrze. Stawiam
jeden plus, bo mogłam sobie popolemizować przez chwilę. I niech moc będzie z tobą.
Pozdrawiam,
Wiedźma.