Dzisiaj wypatrujemy
znaków. I to nie byle jakich, bo od Boba Pattinsona, który jest autorem piosenki (hehe)
Le daj mi znak. Oczywiście w inglisz, bo on jest ingliszem. (Bo, wiecie, dosłownie to nie znaczy dokładnie DAJ MI znak, ale myślę, że fanki Boba lepiej ode mnie wiedzą, co poeta chciał przez to przekazać). I ma taki piękny głos i włosy, które żyją, i och. Taak.
Pierwsze wrażenie: Oprócz nagłówka, jest w porządku. Obawiam się, że nie znajdę tutaj niczego odkrywczego, ani nawet ciekawego, ale wygląda, jakby na trójczynę zasługiwało. Nic nie lata. Nic nie gra. Tylko ten pasek po prawej, cholera, nie wnikam, po co tam jest, ale estetycznie to on nie wygląda.
Wygląd: Obrazek w nagłówku jest słabo połączony, musisz to przyznać. Zdjęcia ładne, ale łączenie takie sobie. Kolory spokojne, wszystko do znalezienia, wszystko na głównej, estetycznie, po kolei, nie przyczepię się do niczego, i tak zwykle to treść przeważa na ocenie, więc przestańmy się chrzanić z wyglądem, który ani mnie nie zachwycił, ani obrzydził, i przejdźmy do rzeczy najważniejszej. Argh, nie, czekaj. Wcale nie jest tak dopracowany, jakby się mógł wydawać. Kiedy schodzę ze strony głównej, znika mi do niej link powrotny. Na podstronie 'bohaterowie' zmieniają się ustawienia linków, nie widzę powodu. Ponadto część linków do rozdziałów znika. Odtwarzacz nie działa. Nie no, proszę. Dobrze by było to jakoś ogarnąć, ale to tylko moja sugestia. Nadal - nie sądzę, żeby wygląd jakieś dobre wrażenie na mnie zrobił, ale i tak treść jest najważniejsza.
Treść: Podstrony o bohaterach, autorce i fabule mogłabyś zamienić w jedną, tyle jest tam tekstu. Po pierwsze - nie mam pojęcia, po co napisałaś o sobie. To znaczy, wiesz. To nie jest opowiadanie o tobie, a zawsze możesz zamieścić link do profilu, czy swojego bloga. Zwłaszcza, że opis ma ledwo cztery linijki i dziewiątkę napisaną numerem, a nie słownie, czego szczerze nie cierpię. Po drugie - po co tworzyć podstronę "bohaterowie", kiedy umieszcza się na niej tylko i wyłącznie nazwiska? Borze mój drogi liściasty, wyobraź sobie, że one mi nic nie mówią. A tekst o wyglądzie bohaterów równie dobrze mógł się znaleźć przy 'fabule', czy nawet w jakimś wstępie, nie wiem. Bez sensu, marnowanie pieniędzy. Fabuła mi najeżdża na koło samochodu. No i oczywiście bardzo wciągające opowiadanie nam się szykuje, pewnie z jakąś parą Mary i Gary'ego, próbą gwałtu po drodze i grą w butelkę. Ale ja się nie uprzedzam z góry, skądże. Tylko nie wiem, czemu ludzie boją się odrobiny oryginalności. Jakiegoś potwora z jeziora choćby. Zawsze muszą być ci nudni kochankowie, oczywiście jasno określeni, kto dobry, a kto zły.
(Właśnie odkryłam, co mnie najbardziej irytuje w takich oklepanych opowiadaniach: gruba granica pomiędzy dobrem a złem. W rzeczach wartych przeczytania, obejrzenia, zainteresowania, ona zawsze jest zatarta, tak ostatnio zauważyłam. U Tima zawsze tak jest. To bardzo w nim kocham.)
Prolog: - Zrobię Ci gorącej czekolady – antykwariusz podszedł do starego kredensu.
@#%$#%&*&^(*&
MOTYLA NOGA!
Nie wiem, czy to kwestia tego, że ostatnio mam mało cierpliwości, ale na bora! Po co? Po co wy wszyscy ludzie używacie form grzecznościowych w
dialogach?! Jestem pewna, że Julian wyczuł tę wielką literę i poczuł się wdzięczny, bo stary antykwariusz go szanuje na tyle, żeby używać formy grzecznościowej, kiedy mówi. NA PEWNO. Poza tym - zły zapis dialogu. Kiedy masz po myślniku czynność niezwiązaną z mówieniem, to jest, z wypowiedzianą wcześniej kwestią, stawiasz przed nim kropkę, a po nim - wielką literę. I ja już przymykam oko na przypadki, bo być może to było zamierzone, w końcu starsi ludzie często tak mówią, co nie zmienia faktu, że poprawnie jest "zrobię ci (kogo? co?) gorącą czekoladę".
Ciągle w pamięci miałem obraz matki, która spakowana stała obok walizek i ojca, który krzyczał na nią, że nie ma prawa odchodzić. Nagle poczułem intensywny, słodki zapach, a kiedy otworzyłem oczy spostrzegłem gospodarza, który przysunął sobie krzesło bliżej mnie i podawał mi właśnie kubek z unoszącymi się kłębami pary.
Przecinek po "oczy".
Nie powiem, żeby mnie jakoś niesamowicie zainteresował ten prolog. Był krótki, ale prologi z reguły są krótkie. Był nijaki, chociaż chyba stylizowany na bardzo dramatyczny. Dramat był, owszem, kiedy napisałaś w dialogu "ci" z wielkiej litery. Ale mam wrażenie, że nie o to chodziło.
Czas na Brendana. Przetrwamy to razem, kocie. (Nie powinnam nazywać "kotem" człowieka w wieku Deana, naprawdę).
Rozdział I: Dziesięć lat później, bez kropki, napisane numerem, bardzo przyjemnie zaczynamy.
Cold hands, warm heart.
(...)że gwałtownie przystanąłem i pochylając się do przodu złapałem się za głowę…(...)
Przecinek po "i" i przed "złapałem".
(...)spytałem pana Márqueza ściągając płaszcz.
- Istotnie, bardzo nieprzyjemny – ton jego głosu wydał mi się bardzo dziwny. Nic dzisiaj nie rozumiałem. O co im wszystkim chodziło?!
Przecinek przed "ściągając". Znowu błąd w zapisie dialogu, patrz wyżej. Poza tym - ja również nie rozumiem. Obudził się, chciał zrobić śniadanie, ale okazało się, że jest piąta, więc uznał, że to dobra pora na spacer. Pojechał do parku, a potem do antykwariatu, z tym, że nie wiem, po co był ten park. Ponadto od rana reagował jakoś tak zbyt agresywnie, człowiek się nie mógł na niego popatrzeć, żeby tamten nie wybuchnął. To wszystko nie ma rąk i nóg w ogóle, a ponadto twój styl (jeśli można tu mówić o jakimkolwiek stylu) przypomina bardziej sprawozdanie, niż coś literackiego. Poszedłem tu, potem tam, zauważyłem to, minąłem tamto, on się na mnie dziwnie popatrzył. Sucho i nieciekawie. Płasko i papierowo mi to wszystko wygląda.
Ach, tak btw., antykwariat był czynny od szóstej? Albo wcześniej, bo wygląda na to, że przyjaciel Juliana już zdążył tam być od dawna. Logika godna pani Meyer, doprawdy. Potem czytam, że "książki przyszły rano" i wybucham śmiechem. O której? Trzeciej?
- Och, po prostu wyglądasz, jak duch(...)
Bez przecinka przed "jak".
NIE STAWIAMY PRZECINKÓW PRZED JAK I NIŻ. Wyjątkami są zdania złożone, ale to wymaga zagłębiania się w zasady interpunkcji, a mnie się nie chce pisać kolejnego wywodu na temat "czemu nie stawiamy przecinka przed "jak" i "niż" w tej sytuacji, a w innej stawiamy". Polecam słownik.
(...)rzekł przyglądając się mi.
Przecinek po "rzekł".
- Wiedz, że zawsze możesz tutaj przyjść i znaleźć schronienie – ponownie westchnął. – Wiedz też, że zawsze możesz ze mną porozmawiać. Wysłucham cię o każdej porze dnia i nocy – ścisnął mi lekko ramię, po czym odszedł do regału i zaczął przestawiać książki.
Ponownie błąd w zapisie dialogu.
Kiedy wszedłem do mieszkania usłyszałem(...)
Przecinek po "mieszkania".
Że znowu spędziłem cały dzień włócząc się po mieście, a potem siedząc w antykwariacie?
...
Co?
Cały dzień? To ile on, do cholery, katalogował te książki, dwanaście godzin?! Przypomnę, że o piątej wstał i wyszedł, więc musiał być w antykwariacie około szóstej. Plus dziesięć minut na dojście do domu, rozmowa, naciągnijmy już na te dwadzieścia, katalogowanie książek... opisałaś to, jakby miało trwać pięć minut, ale załóżmy, że robił to przez cztery godziny. To
nadal daje pięć i pół godziny poza domem, czyli wrócił o dziesiątej trzydzieści. Faktyyycznie, cały dzień, jak nic.
Ściągnąłem buty i płaszcz, po czym zwinąłem się w kłębek twarzą do ściany i zasnąłem.
Komentarz wydaje mi się zbędny. Czyżby przedpołudniowa drzemka?
Obudziło mnie głośne łupnięcie, a zaraz potem usłyszałem uporczywy kaszel i łapczywe próby łapania powietrza. Momentalnie wstałem i kilkoma susłami znalazłem się w pokoju ojca. Leżał na ziemi i widać było, jak się dusi. W pierwszej chwili wpadłem w panikę, lecz zaraz postarałem się pomyśleć racjonalnie. Przypomniałem sobie, że kilka kamienic dalej mieszka lekarz. Wypadłem z mieszkania, bez butów i ubrania, po czym szybko popędziłem wzdłuż ulicy.
ŻE CO? Faktycznie, to racjonalne myślenie, ojciec się dusi, zostawię go, niech sobie umiera, w końcu co tam kilka minut bez powietrza, nie? I czy mi się wydaje, czy on pobiegł nago?
Jeżu, nie wiem, czy się płakać, czy się śmiać, naprawdę.
Kiedy wpadliśmy do domu dobiegłem do niego(...)
Przecinek po "domu".
Czytam dalej i łapię się za głowę, bo nie wierzę. Co ty, nigdy
House'a nie oglądałaś? Wbił mu strzykawkę z lekiem "w rękę" i dzięki temu rozluźniła się krtań? Takie działanie wykonujemy, kiedy ma miejsce atak alergiczny, co trzeba wcześniej sprawdzić, a ponad to musi być wykonany błyskawicznie. Nie pisz, jeśli nie wiesz, taka mała porada z mojej strony.
Moje wrażenie po pierwszym rozdziale? Dobry borze, zostało jeszcze trzynaście.
Rozdział II: Byłem na siebie zły, za to, że nie chciałem dzisiaj z nim rozmawiać.
Bez przecinka po "zły".
Skrzywiłem się słysząc jej skrzeczący głos.
Przecinek po "się".
- Nie ma miejsc! – podniosła ton dając mi do zrozumienia, że nic z tego. – Coś jeszcze?"
Przecinek po "ton". Urzeka mnie próba rozgrywania dramatu, aczkolwiek to nie zmienia faktu, że wszystko wygląda raczej żałośnie, niż wyniośle i dramatycznie.
- Niechże pan wejdzie i sobie usiądzie! – dźgnęła mnie lekko tacą, na której stały filiżanki pełne aromatycznej herbaty.
Błąd w zapisie dialogu kolejny.
- Mąż przejął się stanem pana ojca. Przewidywał, że nie znajdzie się żadne miejsce w szpitalu… Wie pan, dzisiejsze czasy… - westchnęła i zaczęła energicznie mieszać cukier w swojej herbacie.
Błąd w zapisie dialogu ponownie. A poza tym… co zaczęła robić?! Czy to w ogóle jest wykonalne?... Mieszanie cukru w herbacie, mój boru…
- Niech pan przyjdzie jutro przed ósmą – nagle przestała zataczać łyżeczką kręgi w napoju i spojrzała na mnie.
Błąd w zapisie dialogu, patrz wyżej, wyżej i wyżej.
Siedziałem na portierni pogrążony w myślach,(…)
Przecinek po „portierni”.
Kiedy na mnie popatrzyła przeszedł mnie dreszcz.
Przecinek po „popatrzyła”.
Moje ciało w ogóle nie reagowało na polecenia, mimo tego, że starałem się, jak mogłem, aby postępować normalnie.
Jerzyyyy, stylistyka leży i kwiczy.
- Dziękuję. – uśmiechnęła się do mnie uprzejmie i odeszła.
Prawie ci się udało. „Uśmiechnęła” z wielkiej litery.
Na razie zaobserwowałam, że fabuła jest naiwna i oklepana, nie umiesz zapisywać dialogów, z interpunkcją u ciebie słabo, a budowa zdań jest tragiczna. Może później będzie lepiej. O ile dotrę do tego później bez poważnego uszczerbku na zdrowiu.
Rozdział III: Szybkim krokiem minąłem zakręt, kiedy drzwi, pod którymi przed chwilą stałem otworzyły się głośno.
Przecinek po „stałem”.
I znowu! Ile ona grała, dziesięć minut? Wzięła sobie salę na dziesięć minut? Boru drogi.
Ze wszystkich sił starałem się, by zniknęła jej z mojej głowy.
Staram się, ale nie mogę zrozumieć sensu tego zdania.
- Proszę? – skrzywiła się nadstawiając ucha.
Powinno być:
- Proszę? – Skrzywiła się, nadstawiając ucha.
- Nic, nic, przepraszam. Oczywiście, zapiszę panią na jutro. – Podstawiłem jej kartę i podałem długopis starając się, aby jej skóra nie dotknęła Mojej. – Proszę się tutaj wpisać.
- Goniłam za tobą od samej akademii! – Zaśmiała się. – Widziałam, jak siedziałeś na portierni.
- Nie wiedziałem, że jesteś w Barcelonie! – Uśmiechnąłem się ponownie. – Czemu nic nie mówiłaś?
- Cieszę się, że cię widzę. – Popatrzyłem na nią.
Uśmiechnąłem się, uprzytomniając sobie, że nigdy nie rozstawała się z fletem, licząc, że w wolnym czasie uda jej się choć na chwilę znaleźć wolną salę i poćwiczyć.
Przecinek. I powtórzenie.
- No tak, meloman… - mruknęła i zaczęła się śmiać. – Może wejdziemy na chwilę do kawiarni?
Miał w nocy atak. Muszę zobaczyć, czy wszystko z nim w porządku.
- Widzę cię po raz pierwszy od ośmiu lat, i od razu miałbym ci opowiadać o najgorszym?
Niepotrzebny przecinek.
- Jak zawsze cierpiący w samotności – prychnęła. – Może w takim razie pozwolisz mi pójść z tobą?
- Nie rozśmieszaj mnie. Myślisz, że dużo zarabiam?
- Tak właśnie myślę – powiedziałem pewnie i zbiłem ją z tropu. – I widzisz, tu cię mam!
- Ja naprawdę nie wiem, jak ty to robisz! – żachnęła się. – Mieszkam przy Gran Via i zapraszam do siebie, jeśli znajdziesz chwilę czasu.
Ten dialog jest tak sztuczny, że aż boli. A ponadto nie mam pojęcia, o co w nim chodzi. Jak robi
co? Zbija ją z tropu?
Wszedłem do domu, wpuszczając przed siebie Aurorę.
(…)przerwał, widząc mój wzrok.
Jerzy, błąd na błędzie. Mam dość. Płytkość tego mnie przeraża, naprawdę. Wszystko jest papierowe i sztuczne, na szczęście rozdziały są krótkie, ale nie mogę szybko przez nie przelecieć, bo co dwa zdania robisz błąd. Akcja ani trochę nie wciąga. Fabuła jest tania i naiwna. Bohaterowie, jak już napisałam, sztuczni i papierowi. Dialogi tragiczne.
Rozdział IV: Na miłość boską, nie żartuj ze swojego starego ojca. – Uśmiechnął się.
wiedział bym
WIEDZIAŁBYM
Dlaczego nie odzywała się do mnie przez te osiem lat? Bo zrobiłem największą awanturę pod słońcem. I przy okazji straciłem przyjaciela.
Oho, szykuje się kolejny dramat. A potem wróciła i zagadnęła go, jak gdyby nigdy nic. Po ośmiu latach milczenia. Ja już nie wspominam o tym, że w poprzednim rozdziale napisałaś, że rozdzieliły ich jej studia.
Ja naprawdę już tylko czekam na próbę gwałtu.
- Przepraszam, że musiałeś tak długo czekać. – rzekł cicho Miquel.
- Przepraszam! Mártinez kazał mi wysprzątać klasę! – powiedział głośniej usprawiedliwiając się.
Miałam nie używać tego słowa, bo to niemiłe i tak dalej. Ale nie mam zamiennika. Retrospekcja jest żałosna. Bardzo. Logiki w niej kompletnie brak. Chcesz mi wmówić, że zerwał przyjaźń, bo Miquel rozmawiał z Aurorą? Naprawdę?
- Och, sądzi pan, że takie Calero chętnie ćwiczyłyby na zwykłych, małych fortepianach? –Zamarłem. ,,Takie Calero”?!
- Chyba wszyscy pianiści, mając do dyspozycji koncertowe Steinway’e, woleliby ćwiczyć na nich.
- Koncertowe Steinway’e! Kon-cer-to-we! – Uśmiechnął się ojciec, a Aurora prychnęła.
Według opisów, ojciec powiedział trzecią i drugą kwestię. Według logiki – to zależy. Czy brać pod uwagę to, że nie powinien odpowiadać sobie samemu, czyli kwestie pierwszą i trzecią, czy to, że nie powiedziałby do dziewczyny „sądzi pan”.
Niech rozsądzi nas kapusta. /Co? Kapusta?! Głowa pusta!
- Tak, to przykre – przyznałem jej rację. – Mówiłaś coś o jakiCHś Calero?
Błagam.
Jakiś ogórek. Mówiłaś o
jakimś ogórku.
Jakieś dziewczynki. Mówiłaś o
jakichś dziewczynkach.
i widząc, jak jest późno, szybko się poderwała.
- Z przyjemnością. – Uśmiechnęła się i stanęła przy drzwiach.
Nie rozumiem tego zapisu. Robisz akapity w środku zdania. Jakby błędy nie wystarczyły.
Słońce wlewało się do mojego pokoju, napawając oczy swoim blaskiem.
Że co?
Napawając oczy swoim blaskiem? Czy ty czytasz, co piszesz, sprawdzasz brzmienie słów? Przecież to wygląda okropnie. Strasznie przekombinowany zwrot.
- Och, to pan... - zmieszał się - Przepraszam, ja właśnie wychodziłem... Nie wiedziałem, że stoi pan przed drzwiami. Żona mówiła, że pan przyjdzie... Proszę, niech pan wejdzie na chwilkę. – Gestem dłoni zaprosił mnie do środka, a ja posłusznie spełniłem jego prośbę.
Niech mi pan uwierzy, że robiłem wszystko, co w mojej mocy...
Było widać, że jest zdenerwowany. – Panie Velázquez…
To, co przed chwilą powiedział Acarons, nie chciało w żaden sposób do mnie dotrzeć.
- Jak już mówiłem, to dopiero początek choroby... Dwa lata, nie więcej. – rzekł smutno.
Bez kropki.
- Tak, zdecydowanie. Proszę. – Wcisnął mi w ręce dwie buteleczki. Spuściłem głowę i, dziękując mu stokrotnie, szybko wyszedłem z jego domu.
Zastanawiam się, czy przed napisaniem tego czytałaś cokolwiek o gruźlicy, objawach i przebiegu.
Rozdział V: (…)najpiękniejsza kobieta całej kuli ziemskiej; Laura Calero.
Nie, żebym ja coś tego. Ale najpiękniejszą kobietą na Ziemi jest Alison Mosshart. Wszyscy to wiedzą.
(…)a kiedy je otworzyłem, Laury nie było.
Przez cudowną godzinę wsłuchiwałem się w dźwięki fortepianu, wyobrażając sobie Laurę.
I nikt nie przeszedł, nikt go nie zauważył. No pewnie.
- Co pan tu robi? – Usłyszałem zdenerwowany głos Laury.
Gdy dotarłem na moja ulicę, z daleka dostrzegłem karetkę stojącą przed kamienicą, w której mieszkałem. Myśl, czy z ojcem wszystko w porządku, zapierała mi dech w piersiach.
Co? Przeczytaj ostatnie zdanie pięć razy i zastanów się nad brzmieniem i stylistyką.
Kilkoma susłami dotarłem do wejścia i rzuciłem się schodami w górę.
Czym? Susłami? Myślę, że chodziło ci o
susy…
- O co chodzi? Co się dzieje? – Spytałem, podchodząc do nich.
Rozdział VI: Siedziałem przy łóżku ojca i sennie wpatrywałem się w swoją dłoń, którą ściskałem dłoń ojca.
Powtórzenia.
Chłodne powietrze owiało mi twarz, wlatując przez otwarte okno.
Powinien pan wrócić do domu i porządnie się wyspać. – Uśmiechnęła się.
(…)cała pomięta od ciągłego czytania.
Oczy Juliana mają moc mięcia kartek?
Goliłem się w skupieniu, rozmyślając o Laurze i naszym dzisiejszym spotkaniu.
Z daleka pomachał mi piekarz, a ja uśmiechnąłem się do niego i przebiegłem jezdnię udając się prosto na akademię.
Laura siedziała przy fortepianie, trzymając ręce na klawiaturze.
No pewnie. Nie ma to jak. Poznali się ile, pięć minut temu? Rozmawiali raz. Przypomina mi to obyczaje Duńczyków, cholera. Ja nie wiem, jak wy ludzie tak możecie. Ja na przykład nie cierpię, jak ktoś, kogo znam tydzień, mnie myzia, bawi się włosami, czy inne takie. To jest naruszanie strefy osobistej, motyla noga!
Nie wiem, ile czasu minęło.
Gdy wyszliśmy z budynku, cały skwer zalewało słońce.
Otworzyłem drzwi, a ona usiadła, nic nie mówiąc.
Och, Julian, cóż za Casanova. Nie chcę wiedzieć, co według niego oznacza
komunikacja niewerbalna z Laurą i to, że się zamierza do niej przyzwyczajać. Rany, dziewczyno, to jest naprawdę źle napisane. Naprawdę.
Zwykle do oklepanych pomysłów potrzeba kogoś świetnego, żeby zamienił banalną historię w coś magicznego. To, co teraz czytam, jest po prostu złe. Co gorsza, wcale nie ewoluuje z rozdziału na rozdział, tylko tkwi w tym złym stylu, błędach i nudzie. Gdybym faktycznie była nierzetelna, teraz przerwałabym ocenę i wystawiła ci z miejsca jedynkę.
Rozdział VII: Myśląc o odwiedzeniu Aurory nie miałem pojęcia, że drzwi otworzyć mi może zupełnie ktoś inny. Ktoś, kogo kiedyś znałem bardzo dobrze i kiedy nawet przez myśl by mi nie przeszło, że mógłbym czuć się tak, jak teraz.
Chciałabym postawić przecinki we właściwych miejscach, ale te dwa zdania kompletnie nie mają sensu i są tak źle zbudowane, że nawet nie próbuję.
Przez chwilę myślałem, że mnie pobije, albo zacznie wrzeszczeć.
http://so.pwn.pl/zasady.php?id=629793
- Osiem lat czekałem, aż przyjdziesz. Osiem lat – rzekł w końcu i od razu wywołał we mnie falę wstydu.
Dawno nie czytałam tak źle opisywanego melodramatu. Czuję się, jakbym czytała znowu
Zmierzch i to wcale nie jest przyjemne uczucie. Nie rozumiem całej tej idiotycznej sytuacji – oni nawet nie mieli się o co pokłócić. A żeby potem nie odzywać się przez osiem lat z powodu krótkiej wymiany zdań? To nie ma rąk, nie ma nóg, a zwłaszcza głowy. I na pewno brak mi tu logiki. Ona już dawno dała sobie spokój, jak zauważyłam.
Było mi, naprawdę, bardzo głupio.
Bez przecinków.
Nie miałem pojęcia, że tak wyjdzie.
Że tak zacytuję B:
no shit .
Ruszył, zapraszając mnie do dużej kuchni.
- Czerwona mrożona, taka, jaką lubisz najbardziej w upalne dni – powiedział i podał mi szklankę z herbatą.
Herbata ma tempo. Pięć minut temu gotowała się woda, teraz już jest mrożona.
Obok znajdował się błyszczący blat, a obok niego stała kuchenka i zlew.
Powtórzenie.
Wyjaśnienie spraw z Miquelem było dla mnie kompletnym zaskoczeniem, a kiedy wróciła Aurora, poczuliśmy się zupełnie tak, jak dawniej. Ze śmiechem wspominaliśmy komiczne sytuacje z dzieciństwa, oglądaliśmy zdjęcia podjadając ciasteczka podane przez panią domu i popijaliśmy coraz to nowy kubek herbaty.
Razem. Ten jeden kubek podpijali. Na dodatek coraz to nowy. Bez przecinka przed „jak”.
Uśmiechnąłem się i wbiłem ręce w kieszenie, by trochę je zagrzać. Po upalnym dniu nastąpił chłodny wieczór. Minąłem zakręt i zobaczyłem w oddali migające, czerwono-niebieskie światełka. Co robi policja pod antykwariatem?!
Co
ty robisz pod antykwariatem?! Przed chwilą byłeś u Aurory, pijąc z nią i z Miquelem coraz to więcej herbaty z jednego kubka! O, patrz. Logika poszła się powiesić.
- Mówi pan o Diego Marquezie?
- Tak!
- Przykro mi, ale on... nie żyje.
Znasz tę grę,
uderz głową w klawiaturę? Mogłabym teraz w nią zagrać. Zaraz zapewne zobaczę bardzo autentyczne śledztwo z bardzo autentycznym zakończeniem.
Kiedy wysiadłem, od razu ruszyliśmy do środka.
Policjant, który mnie przyprowadził, powiesił na klamce tabliczkę z napisem: ,,Nie przeszkadzać”, i zaprosił mnie do środka.
Właśnie próbowałam zagrać w tę grę, ale wychodzą mi pojedyncze litery. Nie wiedziałam, że będą tam uprawiać seks, naprawdę. Julian jest Casanovą, to jasne, ale żeby aż tak?
- Że co? – rzekł do słuchawki. – O kurwa, mam mu to powiedzieć? – Spojrzał na mnie z lękiem. – Ale dlaczego ja, do cholery? – był wyraźnie zły. – No dobra, zrobię to – powiedział i rozłączył się, rzucając słuchawką.
Ten tekst był tragiczny.
powiedziałem i sam zdziwiłem się, słysząc swój głos.
- Proszę za Mną. – Niski facet z mysimi włosami poprowadził mnie wąskim korytarzem do aparatu wiszącego na ścianie. Jedyną osobą, która przyszła mi do głowy w obecnej sytuacji, był Miquel.
- Miquel! – Nie w głowie mi były teraz takie ceregiele, jak powitanie.
Bez przecinka.
Rozdział VIII: Nieopodal rosnące topole szumiały cicho, akompaniując ćwierkającym ptakom.
Bez zastanowienia spełniłem jego prośbę, zajmując jeden z foteli.
Pan domu, nic nie mówiąc, nalał do dwu szklanek bursztynowy płyn i podsunął mi jedną z nich.
Po prostu w jednej chwili zacząłem mieć wszystko daleko w nosie.
Jak w nosie? Mówi się „głęboko w nosie”. I przy takich powiedzeniach ekstrawagancja raczej nie wygląda dobrze, chyba że masz bohatera pokroju Temprance Brennan (
Kości).
Stoi w hollu.
I wyjaśnij mi, dlaczego przez dwa „l”?
(…)przykładając równocześnie słuchawkę do policzka.
Policzki Juliana Casanovy posiadają zdolność słuchania – przydałoby się niejednemu głuchemu.
- Cieszę się, że dzwonisz. Chciałam z tobą porozmawiać... – Kolejna pauza. - No bo przecież, nic o mnie nie wiesz. Ani ja o tobie.
No nie mów.
Zadowolony z siebie stałem, i obserwowałem Miquela zaglądającego nieopodal pod kamienną ławkę.
Bez przecinka przed „i”.
- Julián? O czym ty mówisz? – spytał Miquel, podchodząc do mnie.
Właśnie też się zastanawiam.
Czułem się jak balon, kiedy ucieka z niego powietrze.
Julian Casanova wie również, co czuje balon, rzecz pozornie niezdolna do czucia, ale jednak.
Rzekł stanowczym tonem nie znoszącym sprzeciwu - tonem, który sprzeciwu nie bierze pod uwagę w żadnym wypadku.
Aha. Może sama domyślisz się, co jest nie tak w tym zdaniu. Byłabym wdzięczna, bo już sama nie wiem, co pisać.
…
CO?! Wiesz, jak bardzo mi się teraz chce kląć? Nie mam pojęcia, o co chodziło w całej tej sytuacji, była tak bezsensowna, że naprawdę przykro mi, że muszę się z tym jeszcze męczyć przez sześć części. Jacyś mężczyźni są w samochodzie, retrospekcja i nagle łohohoł, Casanova Julian jest z nimi powiązany. Ale zanim szanowna autorka łaskawie raczy wyjaśnić, o co chodzi, Casanova Julian znajduje idiotyczne rozwiązanie sytuacji – jeśli noc spędzi u przyjaciół, potencjalni mordercy się znudzą i zostawią go na zawsze w spokoju, najlepiej zostawiając mu Laurę, pieniądze i dobre słowo. Po raz enty pytam: czy ty czytasz to, co piszesz?
Nie, on nie umarł.
Ciekawa jestem jak w takim razie Julian Casanova nazywa stan niebicia serca od około dwunastu godzin, przekładając na twoje poczucie czasu?
Nie wiedziałem o niej zbyt dużo, a szczerze mówiąc – bardzo niewiele. Jedno było pewne – to naprawdę wspaniała kobieta.
Już nie mam pomysłów na komentowanie tego tekstu. To się nadaje do analizatorni. Faktycznie, logiczne to jak nie wiem co. Nie wiedział o niej praktycznie nic, ale była wspaniałą kobietą, bo miała ładną twarz, talent i (zapewne) duże cycki. Mężczyźni po prostu tacy są. Wszyscy.
Rozdział IX: Czułem ich ciepło każdą komórką swojego ciała. Każdy osobny atom otulany był przez te małe iskierki; otulany radością, przekazywał impuls szczęścia prosto do mojej głowy. Otworzyłem oczy, chcąc jak najszybciej złapać blask i zamknąć go w swoich bursztynowych tęczówkach.
Niech zgadnę: dodatkowa biologia? Nadmiar?
Leniwie wyciągnąłem się na materacu, patrząc przez okno na park znajdujący się nieopodal.
Idąc ciemną aleją, między cieniami drzew, nadepnąłem na suchą gałązkę, a wydarzenie do szybko skomentował czarny jak smoła kruk.
Bez przecinka po „aleją” lub „drzew”, zależy, co chciałaś powiedzieć. To raz. Dwa: literówka. Trzy: kruk skomentował. Nie mam więcej pytań.
Potem pewnie założył kapelusz i zatańczył kankana w rytm piosenki The White Stripes.
Stanąłem oszołomiony na środku chodnika i popatrzyłem w niebo, z którego spływały miliony lodowatych łez okrywając miasto smutkiem.
Zauważyłem, że brak mu kilku zębów, za paznokciami piętrzą się stada brudów, a dziurawe palto, które miał na sobie, było przynajmniej trzy numery za duże.
Nie chciał dać po sobie znać, ale kiedy opuścił głowę, zrobiło mi się go strasznie żal.
Nie odpowiedziałem, bojąc się, że zadrży mi głos.
Odniosłem wrażenie, że coś z tym nim jest nie tak, zupełnie nie wiedziałem, jak ojciec mógł się z nim dogadywać.
Co?
Rozejrzałem się i z zażenowaniem stwierdziłem, że w całym pokoju nie ma ani jednego krzesła, na którym mógłbym spocząć. Zaśmiałem się pod nosem i stanąłem przy ścianie. Asprilla szukał czegoś w jednej z ksiąg, a ja wciąż zadawałem sobie pytanie, co mnie podkusiło, by do niego przyjść. Kiedy byłem o krok od odpowiedzi na to ironiczne pytanie, ksiądz krzyknął triumfalnie, a mój zadek mało nie stoczył się z krzesła i nie zrobił tego tylko dlatego, że na żadnym nie siedział.
CO?
SENSIE. Gdzie się, że tak powiem, podziałeś?
Dźgnął mnie palcem w Plecy, popychając ku wyjściu, a kiedy znalazłem się za drzwiami, zatrzasnął je z hukiem.
Ruszyłem żwawo w jego kierunku, omijając slalomem głębokie kałuże, a przechodząc przez ulicę obejrzałem się do tyłu. Kamienne lwy, zdobiące kolumny przy bramie klasztoru, spoglądały na mnie złowieszczo, a deszcz jak łzy spływał po ich pyskach.
Rodział X: - Nie przeszkadzam, mam nadzieję? – powiedział do mnie, dogaszając papierosa.
- Nie, skądże. Właściwie to spodziewałem się, że pana spotkam.
- Doprawdy?
Rzucił niedopałek na ziemię i zgniótł go Butem, świdrując mnie wzrokiem.
Powiem szczerze – jest pan głównym podejrzanym w sprawie zabójstwa Márqueza i własnego ojca. A to tylko dlatego, że nie mówi nam pan wszystkiego!
Skąd ci się wzięło, że ojciec Juliana Casanovy został zamordowany?! Dla twojej wiadomości: nie wspomniałaś o tym ani słowem w poprzednich rozdziałach. A ponadto: och, co tam to, że Julian Casanova miał alibi – przecież nie powiedział im wszystkiego, musi być głównym podejrzanym!
usłyszałem rozlegający się po drugiej stronie przenikliwy dzwonek i rozglądnąłem się wokoło.
ROZEJRZAŁEM.
z fioletowymi ustami, rozciągniętymi w okropnym grymasie i wybałuszonymi oczami zwróconymi wprost na mnie.
Oczy zmarłych są zamykane na miejscu wypadku. A już na pewno przy sekcji zwłok. Ponadto, kiedy człowiek umiera, wszystkie mięśnie przestają pracować, ergo – grymas niezbyt prawdopodobny.
rozglądnął się.
ROZEJRZAŁ.
Rozdział XI: Nie zapalając światła, podszedłem do gramofonu, nastawiłem płytę i nalałem sobie whisky, wyciągnąwszy ją uprzednio z barku.
Księżyc rzucał ospałe blaski na ulicę, która tonęła w niczym niezmąconej ciszy.
Jego kompani stali tuż za nim, kopiąc spróchniałe deski i wyrzucając z siebie coraz to brutalniejsze przekleństwa pod adresem Gamarry.
i wtedy zginiesz w przeciągu trzech dni z rąk podobnych osiłków. – Wskazał głową na swoich towarzyszy.
kiedy skończył, ukrył twarz w dłoniach i szlochał, płakał przeraźliwie jęcząc, aż drgały mu ramiona, a po palcach spływały słone jak ocean łzy. Nie byłem w stanie wydusić z siebie słowa, zemdlałem, mając przed oczami chłopca, któremu kiedyś podarowałem drobniaki na lizaka.
Że co? Zaczął płakać? Julian Casanova zemdlał? Mój borze…
Pierwszą rzeczą, która zasygnalizowała mi, że się ocknąłem, był zapach tytoniu i to cholernie drogiego. Otworzyłem powoli oczy i lekko uniosłem się na rękach. Momentalnie poczułem na ustach metaliczny smak, a gdy podniosłem rękę do skroni, po palcach popłynęła krew.
Takie obrażenia to należy zszyć.
złapałem pierwszą lepszą klamkę u drzwi
Barcelońskie drzwi mają po kilka klamek. Dla niskich, wysokich, średnich, prawo- i leworęcznych.
Kiedy samochód stanął pod bramą, wyszedłem bez słowa i skierowałem swe kroki ku starej kaplicy.
Rozdział XII: Ksiądz Asprilla, stojąc nad mogiłą, wygłaszał mowę pożegnalną, lecz był zbyt daleko, bym mógł usłyszeć jego słowa.
Gdy ceremonia dobiegała końca, idealnie czyste niebo zasłoniły chmury, które przyszły momentalnie, nie wiadomo skąd.
- Hej, nie może być aż tak źle – zażartowałem.
Ha, ha, ha. Ale się uśmiałam.
- Francisco – powiedział mechanik uścisnął moją dłoń.
Literówka.
Miquel powitał się z nim poprzez kiwnięcie głową i szybko przeszedł między stolikami do kolejnego korytarza, za którym znajdowało się troje drzwi.
Powitał się z nim poprzez kiwnięcie głową? A nie łatwiej byłoby
powitać go kiwnięciem głową?
W pierwszej chwili pomyślałem, że to pokój bilardowy – ten, w którym ocknąłem się po zajściu w magazynie, jednak po chwili zacząłem dostrzegać różnice. Przede wszystkim, w ogóle nie było tu stołu do gry, pokój także był o wiele mniejszy.
Nooo, a poza tym te drzwi z wieloma klamkami wychodziły na ZUPEŁNIE INNE MIEJSCE. To też mogło mu dać do myślenia.
- Velázquez. – Uśmiechnął się drwiąco, lecz szybko spoważniał i podał mi rękę.
Nie tracąc czasu, wyszliśmy z budynku tylnym wyjściem i minęliśmy Franca, który leżał pod jednym z aut, które wyprowadził z garażu.
Będziemy dziś potrzebować sprzętu wandalskiego. – Wyszczerzył zęby.
- Dasz sobie radę – usłyszałem serdeczny głos Joe’ego, który poklepał mnie po ramieniu.
Mnące oczy Juliana Casanovy to nic w porównaniu do głosu „Joe’ego”, który potrafi klepać ludzi po ramionach.
Stałem chwilę, patrząc na swe dzieło, a kiedy uznałem operację za zakończoną, serce zabiło mi jak szalone.
Gdy podniosłem wzrok, strażnik leżał w kałuży krwi z dziurą w piersi, a z lufy pistoletu unosił się dymek.
Czy zdajesz sobie sprawę, że to niemożliwe? To znaczy, że strażnik przystawiał mu DO GŁOWY pistolet i już strzelał, kiedy Julian Casanova chwycił go za rękę i zdążył (siłując się, bo chyba strażnik nie dał mu tak po prostu ruszać ręką z bronią) wycelować jego pistolet w siebie? Wystrzał trwa jakieś pół sekundy. Jest natychmiastowy. Nie ma szans, żeby zrobić to, co opisałaś.
Rozdział XIII: Nie interesowało mnie zdanie nikogo, miałem ich wszystkich daleko gdzieś.
Julian Casanova ma was wszystkich
daleko gdzieś! I foch z przytupem!
Trzeba to uczcić! – Wzniósł szklankę najdroższej whisky jaką kiedykolwiek widziałem i wzniósł toast.
Powtórzenie.
Za Juliána, prawdopodobnie najzdolniejszego członka naszej rodziny!
Zabił jednego człowieka i już jest wybitny? Od początku wiedziałam, że będzie Garym Stu.
Nie obrażę się, gdy troszkę obijecie mu twarzyczkę. – Zaśmiał się cynicznie i podsunął nam fotografię.
Wyjedźcie stąd o 9.
Powiedział im, żeby wyjechali o dziewięć. I wszystko jasne!
Zaparkowałem wóz przy chodniku i, nie wychodząc na zewnątrzz, zapaliłem papierosa.
Spokojnie zaciągałem się, obserwując przechodniów pędzących pośród ulicznego gwaru.
Nie zdążyłem się obejrzeć, a już była z powrotem, a kiedy odstawiła filiżanki, w drzwiach kawiarni dostrzegłem Laurę.
Byłem coraz mniej siebie pewny.
Wrażenie dziwne mam, że szyk zdań pomieszał się ci.
- Wywozisz śmieci? Oj, chyba nie, szybko bym to wyczuła. A może zbierasz po mieście martwe szczury? Nie sądzę, twój garnitur nie jest pogryziony przez inne osobniki tegoż gatunku. Ach, zapomniałam! Przecież jesteś portierem! – rzucała we mnie jadowitymi słowami, a ja nie wiedziałem, co powiedzieć, by zrozumiała, że nie jestem jej wart.
Wspaniała Laura okazała się nie być taką wspaniałą, jak Julian Casanova myślał. Tak, moi drodzy, kończą się związki przez Internet.
- Nieprawda! – Złapała mnie za rękę, a moim ciałem wstrząsnął dreszcz. – Patrzę w twoje oczy i widzę, że nie. – Pożądanie było tak silne, że zapragnąłem powiedzieć jej wszystko, całą prawdę, a potem zlizać z niej cały szok i lęk, jakiego doświadczyłaby.
Julian Casanova jest Casanovą.
Gdy wyszedłem nocą jedną z uliczek zatarasowała mi jakaś banda.
…co?
Przyrzekam. – Popatrzyłem jej w oczy i przypieczętowałem w duszy tę obietnicę.
- Chodźmy stąd. – Wziąłem ją za rękę i rzuciłem na stół banknot pieniędzy. Wyszliśmy z lokalu, zostawiając na stoliku dwie pełne filiżanki zupełnie zimnej kawy.
Jak widać, w Barcelonie gorące napoje stygną szybciej. Wręcz błyskawicznie. Ponadto, rzucił na stół
banknot pieniędzy? Ach, taak…
Rozdział XIV: Stałem przy garażu i spokojnie paliłem papierosa, czekając na chłopaków.
Uśmiechnąłem się pod nosem, słysząc nadjeżdżający samochód. Sekundę później oślepiły mnie reflektory, a auto wjechało na podjazd.
Spojrzałem w lśniące w ciemności oczy Miquela, mając nadzieję, że dostrzegę w nich choćby cień jakiś emocji, lecz miałem wrażenie, że on wyczuł mój wzrok na sobie i otoczył się niewidzialnym, zupełnie nieprzepuszczalnym murem. Skończyłem papierosa i rzuciłem w bok niedopałek.
- Dochodzi dziewiąta – mruknął Joe, zerkając na zegarek. – Ruszamy?
JAKICHŚ.
Kurwa, moja, pierdolona mać!
Bez przecinków.
a gdy podszedł do niego, tamten splunął mu w twarz.
Mężczyzna roześmiał się, ukazując zakrwawione zęby.
Staliśmy długo w milczeniu, patrząc na pobitego mężczyznę i przeżywając dzisiejszą porażkę, każdy z nas osobno i każdy z innego powodu.
Odszedłem powoli, stukając butami o kamienną posadzkę i zapaliłem w drodze papierosa.
Chwyciłem jej twarz w dłonie i wszedłem do mieszkania, zamykając lekkim kopnięciem drzwi.
Podsumowanie: PRZEBRNĘŁAM! Damy, trzeba to oblać. A jak Białogłowa skończy ocenkę, to już w ogóle.
Droga autorko, oto
fakty:
- to jest słabe, złe, gorzej niż złe;
- interpunkcja leży;
- zapis dialogów również;
- styl zły;
- akcja rozegrana potwornie;
- bohaterowie sztuczni i mdli;
- logiki brak;
- dostajesz ode mnie
jedynkę;
- ta ocena ma siedemnaście stron Worda, weź to pod uwagę, kiedy będziesz pisać, że jestem nierzetelna;
Porady ode mnie:
- czytaj książki (mam na myśli książki, nie
Zmierzch);
- sięgnij czasami po słownik albo sobie coś wygógluj, jak ci zgrzyta;
- CZYTAJ to, co napisałaś;
- poszukaj zasad zapisu dialogów;
Mam nadzieję, że moja pisanina nie pójdzie na marne.
Pozdrawiam,
Wiedźma